niedziela, 31 sierpnia 2014

Kwiatostan

- Tylko nie odchodźcie za daleko - myślę sobie, a ich sylwetki oddalają się coraz bardziej. I bardziej. Każda w inną stronę. Ale bojaźń mnie żadna - co ciekawe - nie chwyta. Idą sobie. "My idziemy!" - krzyczą. I: "Pa! Żuniu, baw się dobrze!"... A nade mną błękit bury i chmur puchatych kłęby. A pode mną trawa.

I siedzę sobie. Na tym gruncie, co kępą zieloną obsiany i w dłoń mnie łaskocze, gdy tykam. I dziwnie mi tak, choć miło. Koniczynę muskam i obrywam źdźbło. Nierzadkie zgoła i tłumne. A w drugiej mej dłoni KWIECIE. Że "stokrotka" - mówiła mama, gdy tata rwał z międzytrawia. I brał.

- To KWIAT jest, proszę ja ciebie, synu. Roślina. Flora. Polne ziele łąkowe, co dysponuje liściem, płatkiem i łodygą. No, synu, badyl taki. Bylina. Kwiat, synu, rozumiesz? KWIAAAT.

Przyjąłem, choć wrażenie odniosłem, że podejrzewa mnie ojciec o niezrozumienie. Nie zmienia to jednak faktu, że siedziałem. A im bardziej siedziałem, tym bardziej mościłem się w położeniu, w którym się znalazłem. I tym bardziej czułem się uziemiony. A im bardziej czułem się uziemiony, tym bardziej kręciłem kwiatem. A im bieglejsze kręgi kwiat mi przed twarzą zataczał, tym większą czerpałem z tego radość.

Ponieważ - siedząc tak na wonnej trawy połaciach, w samotności, od rodziców z dala - pojąłem, że siedzenie moje zaczyna nabierać sensu. I z sekundy na sekundę puszcza się pędem aspektu. Aspektu NATURALNOŚCII gdy tym siedzeniem naturalnym, rzetelnym, sumiennym i trzeźwym, osiągać zaczynałem mój botaniczny zen...

- Wracamy, synek! - usłyszałem.
...
...
...

A z dłoni wypadł mi kwiat.


Pozdrawiam,
Żuń

czwartek, 28 sierpnia 2014

Mięta na parapecie

Nie to, abym się wysilał i forsował nieletnią dosyć głowę, ale czuję, że COŚ się dzieje. I to coś unosi się w powietrzu. Jak wyziew z gara, gdy na gazie zupa. I jak ręka taty nad mym czołem dzisiaj. Jak dłoń ojcowa, której palce ściskają butelkę. Butelkę z KROPLĄ.

A w mej duszy czai się zgroza, co świerzbi mnie w ciało. I trwoga, co dziobie mnie w krzyż. Trwoga – powiadam – i popłochu kolec. 

I:
- Czerwone, synu! Czerwone masz oko.
- …
 <unik>

- Żyłka ci pękła!
- …
<zwód>

- Krople zapuścić trzeba!
- …
<i cios> 

I czuję, jak ręka moja dźga ojca przegub. Ten anatomiczny staw, co kręgi antagonizmu nad mą głową kreśli i krople kieruje w mą twarz. Kroplą w twarz!

"Dlaczego?" – wszechświat pytałem. – Za jakie występki podłe i jaszczurcze zgoła, mnie tą kroplą w oko?! Lecz odpowiedź nie nadchodziła. A im bardziej moje z ojcowymi szarpały się zamiary; im silniejszy zacisk powieka ma czyniła; im gorętsze prośby o spokój toczyła mama z rękawa, tym głośniej świadomość pukała do drzwi. Do wrót mego umysłu. 

I:
- BO TAK! – ręka taty szeptała.
- BO TAK! – potencjał dłoni matczynych sofizmatem mamił.

Bo inaczej nie można, gdy purpura w oku…

A ja się bałem. I nijak zrozumieć nie mogłem, co „powiekę rozdziaw!” znaczy. I „oka nie trzyj”. I „zostaw, synu, bo ci ręka uschnie!”. Więc krzyczałem. Duchem. I prężyłem ciało. A rąk moich para (i nóg) butlę z kroplą zwalczała. I: „Zabrać!" – wołałem. Zabrać znad mej twarzy to ciekłe widziadło, co mętną kroplą na mym oku siada!

Lecz oni nie rozumieli. Nie rozumiał nikt. A z mych ust, do ucha świata , docierało jedynie „A”. Długie, przeciągłe i łzawe.

Gdy nagle…

- Urwiesz listek? - usłyszałem.
- Jeden?
- Nie jeden. Kilka.
- Będzie kilka!

Więc sunę tym okiem szkarłatnym po pokoju. To jedną, to drugą gałką przestrzeń mieszkalną filuję i myślę. Co się za tym liściem skrywa. Za tym zielem, co ni to drzewem jest, ni krzakiem. Jaką filozofię chowa ta materia żywa, co doniczką stoi i pachnie. Ten wazonkowiec. Ta bylina wonna z okolic naszego okna..., że tata - na prośbę mamy - parapet swym ciałem namierza i na ten parapet kroczy. 

Nie wiedziałem.
A to PODSTĘP był. Kruczek, pułapka i fortel. Bo - gdy ciekawością rośliny zdjęty - powiekę na oścież rozwarłem, KROPLA szubrawa namierzyła mój krwawy wzrok. I pokryła gałki oka mego gładź. 


Pozdrawiam,
Żuń

środa, 20 sierpnia 2014

Pies, którego nie ma

Nie dalej jak wczoraj, rodzice żalili się, że nie interesuję się zabawkami. Na światło dzienne (podstępnie, posługując się mą siuraczą, wiekiem niestrudzoną narracją) wytoczyli też  tajemną listę faworytów, których - życie pokazało - zdradzić nie umiałem. 

Wrażliwa dusza, której (nie wiem jak) stałem się posiadaczem, nie potrafiła również wystawić mych syntetycznych wybrańców na pastwę zapomnienia, roztargnienia czy zwykłej dekoncentracji. Skutkiem tego - wbrew wczorajszym faktom - spieszę powiadomić...

Że PIES, określony mianem plastikowego, zdobycznego, jak i tego, którego NIE MA (bo nikt nie wie, gdzie jest) znalazł się. Więc JEST. A to, zasadniczo, zmienia postać rzeczy.


Pozdrawiam,
Żuń (i jego pies)