środa, 15 lipca 2015

Gdzie jest Sówka?

Schodziliśmy wtedy z ogródka. Mama, babcia Halina i ja. Z tego samego ogródka, co w jednym jego końcu drzewko jabłkowe, w drugim - wierzba, co liściem smutnym stoi. I łka. I tego samego, w którym mama zwykła wieszać pranie. "Bo trzeba" - mówi. "I już".

- Popatrz, Żuniu. To "pranie" jest, widzisz? 

Widziałem.

- Pranie jest mokre, synek. MO-KRE!

I mówiąc to, kładzie mi mama na głowę prześcieradło. Koszulkę, ścierkę lub skarpety sztukę. Wszystko z zaznaczeniem, co mi na tę głowę kładzie. I abym poczuł. I wiedział. Wiedział - przede wszystkim. Że "pachnie". Że "czyste". Że "jest taka potrzeba" i "taki już z tym praniem los". Bywa wtedy, że mama wzdycha. A ja idę w porzeczki, bo blisko.

Innym znów razem to samo pranie (bo mokre i z pralki), zdaje się mamę całkiem zadowalać. Wtedy mama nie wzdycha. Sięga za to dłonią do miski w kolorze, o którym mówi, że "blu", wyciąga z niej "mokrzynę" i trzącha. Ruchem dziarskim, zamaszystym, o sekwencji "z dołu, do góry i w dół". Jakby strzepywała z tego prania kurz.

- Powąchaj, Żuniu - mówi do mnie wtedy. - Jaka świeża woń! Jaka piękna! I podsuwa mi to pranie pod nos. I choć wąchać mi się nie chce, wącham. I rozumieć zaczynam, że coś w tym praniu być musi, skoro mama mówi, że jego rozwieszanie czyni ją lepszym człowiekiem.

Tak było i dzisiaj. Twarz mamy była pogodna. Jak dzień. A moja głowa (choć skrywał ją daszek) słońca pełna. I było nam wszystkim dobrze. Lecz nagle...

- Gdzie Sówka? - padło.

...

A Sówkę dostałem od dziadka. Bolesława, który z babcią Haliną na  "stragany" jechał i go z tych straganów wziął. Bo stwierdził dziadek z babcią stadnie, że się z tym Sówką możemy polubić. I że będzie mu ze mną dobrze. I miał dziadek z babcią rację. 

A mówią o nim, że "Sówka". "Ptak" taki, co pierze posiada i skrzydło. Skrzydło w liczbie dwóch. I że tym skrzydłem fruwa. I że tym skrzydłem jest. I choć skrzydło jego drewniane i mało lotne zgoła; choć mały jest ogółem i w dłoni się ledwie mieści, wszędzie z tym "Skrzydłaczem" chodzę. Wszędzie. Gdzie tylko się da. 

Zasiadam z nim do pianina, by pograć, kiedy "pograj" mówią. I na huśtawkę go biorę, co w ogródku. Na tę bujaczkę, którą mi dziadek Bolesław w ogródku postawił, więc stoi. I do piaskownicy, by stopiem swym gołym piasek kopać, też go biorę. Ten sam piasek, co mi go dziadek autem i wiadrami przywiózł.

- To, wnuku, piaskownica będzie - mówił. - Prywatna taka. Osobista i twoja. 

Jak powiedział, tak zrobił, więc jest. I piaskownica, i bujaczka, w której godziny pędzę i czas, bo przyjemnie. A gdy mi się bujanie znuży, a powieka w kierunku trawy powędruje, schodzę ja z tej bujaczki i - siup! - do piaskownicy. A Sówka, ten mój przyjaciel drewniany, ze mną. Ściskam go w garści wtedy. Mocno (by nie zgubić). I razem idziemy w piach. 

Tak też było i dzisiaj. I dobrze mi było. Gdy nagle...

- Gdzie Sówka? - padło. I brzegiem oka spostrzegłem, że ze wzrokiem babci krzyżuje się mamy wzrok. I zamarłem.

...

Bo prawda jest taka, że Sówka zaginął.
Sówki nie ma. I nie wiem nawet, gdzie jest.
Obstawiam ogródek.
Trawę w ogródku i krzak.
Ten, na którym porzeczka. 
Więc idę. Żegnam. 
Do widzenia!

Żuń


PS Znalazcę szlachetnego serca uprasza się o dostarczenie Sówki (mego drewnianego przyjaciela) pod wskazany adres: szeregowiec z cegły, o którym rodzice mówią, że "kamienica", na tyłach której mieści się ogródek. 

PS 2 Cechy charakterystyczne ogródka: jabłoń, zielona huśtawka i piaskownica. Niewielka. Prawie jak ja. W ogródku znajdują się też: ścieżka kamienista, furtka z dziurą w uzbrojeniu (dziadek mówi, że koty zrobiły), trzy porzeczkowe krzaki (dwa czerwone, jeden czarny), zielony kontener na narzędzia, zielony stolik i plastikowe krzesła, o których mówią, że białe. 

PS 3 Znalazca szlachetnego serca proszony jest o zastukanie w okno, pod którym mieści się wyżej wspomniany ogródek. Otworzy mama. Mama wie.

czwartek, 25 czerwca 2015

Burzyna

 - Wystawiła nas... - westchnęła mama. - Do wiatru!
 - Kto nas wystawił? - podjął leniwie tata, sunąc dłonią w stronę filiżanki, w której kawa. 
 - Pogoda. 

I miała mama rację.

...

A wyszedłby tak człek na świat - w duszy rozważałem. I zamiast kołki niegodziwości na głowie przeznaczenia sadzić; zamiast skargi na niesprawiedliwość losu wnosić; zamiast poziom marazmu kawą w filiżance mierzyć, może by tak na przekór wszystkim na dwór wyjść? Na zewnątrz. I choć wątpiłem, że podobnej maści pomyślunek pokalał rodzicielską psyche, czułem, że tak byłoby korzystniej. 

Lecz tymczasem...

Deszczy się. Siąpi, leje i mży. Burzyna - myślałem sobie, patrząc na drobną, z nieba ciurkającą ciecz. Z firmamentu, do którego sięgnąć nijak nie umiałem, bom mały. I stałem tak, na kanapie, z łokciem o parapet wspartym, w okno wlepiając swój nos. A ciało w kaloryfer. I patrzyłem jak chmurną karawaną strumienie po szklanej tafli płyną. Na smutno, łzawo i czczo. I jak ten opad wodny widok mi zasłania. Tę szybę, którą podpierałem garścią rozczapierzonych w gwiazdę palców. Garścią w liczbie dwóch. 

A to niebo, z którego kroplą kapie - dumałem w sobie - dziurawe jest. I niecałe zgoła. Że pękła chmura, myślałem. Że rysa na obłoku. Wyrwa jakaś, rozpadlina - stąd wyciek. I rozlewa się toto po chodniku. Na trawę się sączy, na jabłoń z ogródka, na piach. I na porzeczki, których owoc mały i w kulkach, więc rwę. Gdy słońce sposobności świeci.

...

A im bardziej kapało, tym mniej przez tą szybę widziałem. A im mniej widziałem, tym bardziej pragnąłem za tę szybę wyjść. Na kałuże i świat. Bo w dzień taki, pochlapałby człowiek laczem. I z ogniem w duszy, wstydliwie nieco jakby, w zwierciadle kałuży tupałby sobie. I brodził. Stopą sandałem spętaną. Lub nie.

A nie tak w domu. 
O filiżance sennej.
Przy kawie zimnej.
Na dnie.


niedziela, 12 kwietnia 2015

Pan Ospa

- Puk, puk!
- Kto tam?
- Ospa. Wpuścisz?
- Nie znam cię.
- Nie szkodzi. Lubię dzieci. 
- ...
Wpuściłem.
Szlag by to.


Rodzice powzięli decyzję, aby o wizycie pana Ospy zawiadomić świat. I choć zlepek tych, orientalnych z lekka, komunikatów nie wyjaśniał mi ani stanu rzeczy, ani pobudek rodzicielskich zachowań, rozbłysk świadomości pojawił się w chwili, w której mama wykonała telefon:
- Halo, dzień dobry! Pani Prażynka*?
-  ...
- Bo sprawa jest taka, że wysypka... 
-  ...
- Tak, poszlaki liczne... do apteki?... poczekać na rozkwit?... smarować punktowo... mazidło... różowe kąpiele... Z domu nie wychodzić?... No tak... bezpiecznie. Nie przeziębić... Trudno. Tak... Dobrze... No cóż. Do widzenia.
I się rozłączyła, by rzucić w moją stronę spokojne i zrezygnowane: „spaceru nie będzie”.

A godziny mijały. Były długie, monotonne i swędziały, więc czochrałem ciało. Cierpiałem żal i utrapienie, ponieważ nigdy wcześniej moja fizyczność nie była aż tak drapana. I świerzbiona tak bardzo. Po krzyż. Los skarżyłem, podnosiłem lament i, dziwna rzecz, świerzbina zdawała się nie mieć ani końca, ani litości.

Dni mijały. Ospa nie wychodził, a świat na wieść o mym gościu odpowiedział zwrotem. A zwrot ten brzmiał:
"O maj gat!". "Trzymaj się!". "Trochę pryszczyków i przejdzie". Że "owszem, to niezbyt miły gość, ale przychodzi tylko raz", i że jaki ja (o mnie to było) "biedny".

A ja nie jestem biedny. Do "pierwszego", to nam - tata mówi- starcza. Mam 
w końcu kręgle, puzzle, klocki, lustro i piekarnik. Mam też Ospę, ale ten jest - ciągnął tata - za darmo. I nie obciąża zbytnio domowego budżetu. Także... Jak by nie patrzeć, biedny nie jestem. Jestem za to uziemiony. Kiszę się w domu, jednostajność pędząc. Pokutuję i dulczeję, repetując dni. I siedzę, białą okolony ścianą, gdzie ni po gruncie żywym pobiegać, ni promyka włosem liznąć.
Odzew na informację o Panu Ospie był też bardziej zgoła osobowy. Trzeźwy, chłodny i imienny nawet:
"Drogi Ospo!
Pamiętasz? Byłeś i u nas. U każdego z dzieci. Z osobna. Nie wspominamy tego najlepiej. Proszę, nie pisz więcej".
…czy życzliwy, łaskawy… dobrosąsiedzki nawet: "Jakże miły pan Ospa". "Ospę już gościliśmy - sama radość!".
   
A wszystkie te odzewy recytowała tacie mama. A ja słuchałem. Nikt jednak nie pomyślał o Ospie, który strzygł uszami z ukrycia. I w chwili, kiedy mama skończyła, a wokół zapanowała głucha i niezręczna cisza, usłyszeliśmy bezdźwięczny, a jakoby klarowny i mosiężny głos:

- Kiedy ja tak bardzo lubię dzieci... - westchnął smutny Ospa. I swą smutną, ciężką ręką, nakreślił na mym czole kolejną w życiu kropkę. O barwie bladej, słońcem niesmaganej wiśni. To bowiem umiał najlepiej.


* Pani Prażynka: pielęgniarka. Posiada igły, strzykawki i naklejki za dobre zachowanie. Poza godzinami pracy trudni się manikjurą, pedikjurą i pieczeniem ryżowych ciasteczek. Jako jedyna woła mnie "facecik".