poniedziałek, 20 października 2014

Krokomierz eN

Nie do mnie wprawdzie i nie wprost, ale przyjechała pod mój adres. I dach. Ze stolicy prosto - mówili. Pani, którą znam nie od dziś może, lecz nie tak znów długo, abyśmy regularnie przybijali żółwika. Pięść w pięść.

Pani eN. Postać niecodzienna. Rzadko spotykana i w swoim rodzaju odrębna. Ponieważ jako jedyna ze znanych mi dorosłych, nosi mnie jak kota. 

- Często nosisz dzieci?
- Prawie nigdy.
- Dobrze sobie radzisz...
- Mam kota.*

Choć eN to rodzaj żeński, długonogi i dorosły, ja z kolei - siurek niskiej zabudowy, niespecjalnie wygórowany, o kończynie naznaczonej limitem... Choć eN nosi torbę, ja nie (mam od tego ludzi), obecność eN w moim domu znoszę całkiem dobrze.

Stykamy się zwykle, gdzie parzy się KAWA. Gdzie żarna mielą ziarna, a mama stawia mleko na gaz. Łączy nas również głęboka wrażliwość na ciasto. Oboje lubimy je zjeść. I choć nie do mnie tylko, lecz między innymi, przyjechała pod mój adres. I dach. Ze stolicy prosto. A z tej stolicy przywiozła narzędzie. PRZYRZĄD taki. I rzekła:

- Patrz, Żuniu. To jest KROKOMIERZ. "Krokomierz" to piękne słowo. Twarde, polskie, treściwe. Słowo bez ukrytych znaczeń - mówi jak jest. Mierzenie kroków, wiadomo.**


poniedziałek, 13 października 2014

Ciepło w rurach

Poczyniłem odbiór. Biały. Długi. Wiodący, zakończony gałką. "Żeliwny" - mówili. I choć na myśl "jak to się stało" pojęcie mi blednie, czuję, że doszło do tego niejako naturalnie. Gdy po raz któryś własną stopą przeciąłem podłogę. Ten pawiment przyziemny, z którego wyrastała RURA. I odbiór ten uznałem za bardzo korzystny.

Nie to, aby spostrzeżenie moje dziewiczym było. Nie było nowe, lecz inne. Alternatywne takie. I drugie. A winne temu mogły być DONICZKOWCE. Tak sądzę. Ponieważ kiedyś, gdy doniczkowce z nami nie mieszkały, wzrok mój te rury (pamiętam) wyłowił. I wiedział wzrok, że są. I to mu wystarczało. Lecz gdy tylko byliną los parapet obsiał, oko moje rur żadnych znowu nie widziało. Istniało więc przypuszczenie, że uwagę moją od rur odwracał porost. Porost doniczkowy. Przez co pojęcie moje o rurach  nie miało racji bytu.


niedziela, 28 września 2014

Krótka historia o chodzeniu

Jestem Dominik. Dominik M. Dla przyjaciół - Żuń. Żuk, Żunio, Żunio-Kożunio (wersja ciotki Karoliny) i tak ogólnie: miło mi. 

Zdarza się, że "postronni" pytają mnie o wiek. Nie mówię wtedy nic. Nie wydaje mi się to na tyle interesujące, abym się w związku z tym specjalnie trudził. Dlatego wtenczas zwykle nastaje cisza. Duperelna i zgoła niezręczna, ale... Osobiście się na nią godzę. Ktoś mógłby powiedzieć, że w tej próbie dialogu, zamiast mnie, do głosu dochodzi KONSTERNACJA. Ale wcale mnie to nie przejmuje. Bo wtedy wkraczają rodzice: 

- Dwa i dwa - mówią.

I znowu cisza.

Wzrost: 72 cm (plus/minus)
Waga: 9 kilo.
Zawód: dziecko. Pan dziecko. 

Będzie krótko, ponieważ tak się składa, że nie mam czasu. Nie mam go na siedzenie, jedzenie... Nie mam go nawet na czytanie książek, czy nawiązywanie nowych znajomości, bo prawda jest taka, że CHODZĘ

Do tego stopnia, że wszystko inne interesuje mnie całkiem nie bardzo. I raczej niekoniecznie. Tym sposobem, moja - dotychczas chwiejna - codzienność, uległa dość dużej przemianie. Na pewniejszą i bardziej stabilną. Osadzoną na stopach, ramionach i plecach. 

Skutkiem tego: gardzę wózkiem. Odeszła mi również ochota do trawienia czasu na dyndaniu w czyichś ramionach. "Dziękuję, postoję" - woła moja ręka, a noga rwie się do ziemi. Tam zresztą, gdzie lubi. Gdzie czeka ją oaza radości i wierzgającego z upojenia szczęścia. I REKOMPENSATY za poślizg. Za zwłokę w naturze, którą trzeba mi było przyjąć.


Pozdrawiam,
Żuń