niedziela, 25 stycznia 2015

Biegun

Jestem posiadaczem nóg. Nogi są moje i czynne. I choć mówią o nich, że "krótkie",  nogi  te skuteczne są. Wydajne. Sprawne. Zakończone stopą. 

Dzięki nim pokonuję korytarz. Przedpokój mierzę i kuchnię. Gdyby nie one, nie wiedziałbym czym pięta jest, a pojęcie moje bledłoby tam, gdzie jawi się podbicie. Gdyby nie noga, podejrzewam, nigdy nie poznałbym czym "udziec" jest i "łydziec", a buty byłyby zbędne. Gdyby nie nogi, wszystko byłoby inne. 

Lecz nogi są i są "chodliwe". I "biegłe". Biegłe przede wszystkim. 

Biegnę więc do kuchni.
Tam zatrzymuje mnie piekarnik. Piecyk, w którym odbicie. Wygląda jak ja, po kumplowsku prawie, więc przysiadam naprzeciw i patrzę, jak postać z odbicia manewruje ręką. To tu, to tam palcem, więc robię to samo. Czynię lewoskręt głową, w parapetu stronę, po której kwitnie ziele. Głowa z piekarnika to samo. Obserwuję i myślę, po czym wstaję, by iść dalej. By biec. Kolega z piekarnika bierze ze mnie przykład, lecz co dalej - pojęcia nie znajduję, bo biegnę. 

Jestem na skrzyżowaniu kuchni z pokojem. Przy ścianie barwy kalaitu. Drzwi otwarte, więc przekraczam próg. Jest dobrze, droga wolna i wieszak. Dwupoziomowy, na kółkach stoi, ruchomy. Wzrok przykuwa, więc podchodzę. Za trzon łapię i przesuwam drapaka. Pcham, dopóki nie stanie. Gdy staje, biegnę dalej.

Zataczam krąg wokół stołu i wracam. Pozdrawiam piekarnik, ręką macham, sprawdzam, czy gość z piekarnika ma się dobrze. Ma się, więc sunę na kaloryfer, bo blisko. Kaloryfer mieszka pod oknem, przy lodówce i słupku, w którym tajemnica. A że uchwyt słupka dla mnie niedosiężny, pruję dalej, póki pęd. 

Kierunek: pokój. Mijam przedpokój, w którym szafka. Otwarta i na buty. A że poziom nasz zbliżony, buta przy brzegu - sru! - strącam. I - bach! - następny leci. I kolejny. I jeszcze jeden, co (istotnie) bardzo mnie cieszy. I wracam.

Ręką macham, po dłoni wzrokiem sunę. Bo lubię. A im bardziej biegnę, tym bardziej macham. A im bardziej macham, tym gorzej widzę drogę. I:

- Uważaj! - słyszę. 
- Pod nogi patrz! - krzyczą.

...

A ja czasu nie mam, by patrzeć.
Ja biegnę.


Bo wiele jest dróg i torów. 
Setki szlaków, kursów i deptaków. 
A wszystkie mogą być do przebycia. 
Te wszystkie mogą być moje. 

sobota, 10 stycznia 2015

Farelka

- O, farelka! - zawołał tata, chwilę po tym, jak zamknęły się za nim drzwi. Drzwi łazienki.
- Jak dobrze. Jeszcze trochę i zabierze nas zima... - odrzekła mama. I westchnęła.

A ja, o grubej, świeżo na stopę naciągniętej skarpecie, stałem w przedpokoju. I słuchałem. I choć masywność skarpety uciskała mnie w rozum, dumałem w sobie, czym ta farelka jest. I co w niej takiego, że się rodzice na jej obecność cieszą. Jaka jej funkcja i parametr. Jaki przymiot - myślałem, gdy posłyszałem szum. Pomruk nikły i szelest.

I niesiony tym niecodziennym, oddalonym od znanych mi dotychczas pogłosem, zacząłem się na tę "wichurę" czaić. I między ujściem łazienki, a ciałem rodzicielskim przeciskać swój odwłok tak, by stanąć z farelką twarzą w twarz. Jak człowiek i facet, jednostka męska - frontem. Bo czułem, że tego mi było trzeba. A ona, ta farelka, im bliżej niej stałem, tym bardziej szumiała. A im bardziej szumiała, tym silniej od niej dmuchało. 

- To, widzisz synu, NAWIEW jest. Nawiew jest ciepły i słuszny - prawił tata. - Gdyby nie nawiew, w łazience naszej bytowałby ziąb. Lodówa, synek. Zimnica i chłód. I mama cierpiałaby smutek - snuł wątek tata. - I psychiczny dołek. A tego, to - synu - nie chcemy.

Nie chcieliśmy.

A im silniej wiało, tym cieplej było mi w korpus. W głowę, poliki i nos.
A im cieplej mi było, tym milej. A im milej, tym bardziej słusznie, bo stopa skarpetą spętana, to stopa pognębiona taka. Zależna. I czepliwość z gruntem słaba. Przyleganie z kaflem niemocne. A ja boso lubię. O pięcie nagiej i o palcu luźnym. Bosonogim. Od skarpety niezawisłym. Wolnym.



niedziela, 28 grudnia 2014

Drzewiec i bazylia, która była miętą

Od dzisiaj mieszka ze mną drzewiec - myślałem, kiedy ten stanął u mych drzwi. 
Drzewiec jest nagi. I pachnie mu spod igły. 

A było to, zanim odkryłem, że w obliczu drzewca rodzina moja szykuje zamiar. I na tego drzewca zasadza się celem. A cel brzmiał: UBRAĆ. Odziać drzewca w "szatę". Okryć konar i przyodziać pęd. 

- Bo ładnie - mówili. 

I choć uważałem, że bez kostiumu całkiem drzewcowi w porządku, los zarządził inaczej. 
Lecz najpierw... 

- Synu, to jest IGLAK. Drzewko szpilkowe - prawią, więc wierzę. I patrzę. I widzę, że gałąź jego mnoga. I rozłożysta jak dywan. Jak kanapa i świat. A trzon jego podniebny, rosochaty. Może dlatego właśnie rodzice przypisali mu punkt, w którym drzewca sztorcem postawili. I wkomponowali zielonego w kąt. 

- O, ten! Ten jest najlepszy - mówi tata i sunie z nagim iglakiem we wskazaną stronę. Przemierza z nim parkiet, po czym przystaje i wciska jego fundament w trójnóg. W statyw, o którym mówi, że "stojak". I kręci coś, dłubie. Majstruje, poprawia i zmienia, by po chwili: 

- I jak? - raz wzrokiem mierzy drzewca, raz mnie.
- Krzywo - kwituje mama.

A ja podchodzę  bliżej, bo okazja. Moment, by podejść drzewca znienacka i dotknąć. Wyciągam palec i tykam: tyc, tyc. Kłuje - myślę. Kłuje wiatrował. I dźga. Ale radość wielka, bo nie pamiętam, aby cokolwiek mnie tak przyjemnie w palec dziobało. A dzisiaj...

Dzisiaj, kiedy drzewiec ubrany stoi i jasnym punktem świeci; kiedy "bombką" pod mym dachem gości; kiedy pachnie i jest, ja obok niego siedzę. Na parapecie czuwam i doglądam drzewca. I patrzę. To na drzewca, to w okno, przy którym mięta. Ziele, które "bazylią" być miało. Na Wigilię. A nie jest. I zza szyby patrzę na świat. I: 

- Miętol miętę, Żuniu - mówi tata. - Miętol miętę. 

Więc miętolę. I baczę, czy drzewiec świeci, czy nie.


A czym "pierogi" są - nie wiem. 
Nie jadłem pierogów tym razem. 
Nie dali.