czwartek, 6 listopada 2014

Ryszard

Ryszard był zawsze. 
Ryszard był, kiedy mnie jeszcze nie było...

...

O Ryszardzie słyszałem wiele. Że "pod rabatą". Że "w przydomowym ogródku". Że "pod jabłonią". Że "leży". Choć prawda jest taka, że jak "leży", nijak nie widziałem. 

Z opowiadań wiem, że miał swoją klatkę. Kojec. Ciupę swoją i boks. Obszerny dosyć i masywny. O pstrym szczeblu i dwóch kondygnacjach. A w tej klatce, drewnianą miał Ryszard chatkę. Karuzelę, wodopój i posiłkowy talerz. Poza klatką natomiast, miał Ryszard wybieg, który zataczał się polem. Powierzchnią podłogową, wyściełającą nasze niewielkie m3. Jednak dla Ryszarda...

dla Ryszarda mogło to być wiele. 

Ryszard lubił biegać. Miał też (w tym bieganiu) swoje ulubione trasy. Trakt główny ciągnął się przez kuchnię. Przez długi, kaflowy pas, którego przystankiem stał się PIEKARNIK. I Ryszard ten piekarnik lubił. 

Mówili, że Ryszard był bystry. Chyży taki, szybkonogi. I gibki (przeciskać się umiał przez drzwi). Przebiegły - przebiegł w życiu sporo. Całe nasze mieszkanie. Nie raz. Spostrzegawczy - widział Ryszard, gdzie słonecznik pestką leży, choć miska jego sporą była i mieściła prowiant rozmaity. W kształty, walory i smak. I cwany był Ryszard - ustawicznie nie dawał się zwieść. Ni złapać. Wiedział, gdzie ujście jest w torze. Wiedział, gdzie linii złamanie. Gdzie wychód i klatki granica. I potrafił tę wiedzę Ryszard wykorzystać. 

Któregoś razu wyniuchał swym nosem SZPARĘ. Nieszczelność taką w kuchenki obudowie. Tuż pod blaszaną szufladą, nieopodal szafki. Przy piekarniku. I postanowił Ryszard, że się w niej zanurzy. Ryszard szubrawiec. I potrafił tam, w tym rozszczepie, spędzić Ryszard wieki. Cały dzień prawie. A rodzice łamali głowy: 

- Co też ten Ryszard robi?
- Gniazdo jakie - szeptali.
- Legowisko?
- Obóz!
- Klub sportowy.
- Domek...

Lecz prawdy nie znają do dziś. 
Martwili się jednak.

- Śpi pewno - mówił tata. 
- Nie sądzę - kwitowała mama. - Skoro słyszę jak chrupie.

Bo chrupał Ryszard. Chrupał w rzeczy samej.

I tak się w tym chrupaniu zatracał, że nie patrzył specjalnie, co chrupie. W ten sposób, pewnego razu, wychrupał Ryszard niezły skrawek drzwi. I kawał Dostojewskiego. Bodajże "Idiotę". Innym znów razem, zakradając się nocą do szafy, wychrupał mamie w spodniach dziurę. A z dżinsowych nitek uwił sobie gniazdo. 

- Podły! - cedziła mama. Ponieważ to jej dżinsy były.

Lecz Ryszard nie był podły. Ryszard był mały. Mały, kiedy się w życiu rodziców pojawił. I mały, kiedy z życia rodziców odszedł. "Ryszard się skończył" - mówili rodzice, sunąc palcami po futrze Ryszarda. Futrze z fotografii. A ja tego pewien nie jestem. Nie sądzę raczej. Skoro "pod rabatą" - słyszałem. Skoro "w przydomowym ogródku". Skoro "pod jabłonią" ... (wiem nawet którą). Skoro "leży"...

Bo prawda jest taka, że "jak Ryszard leży", nijak nie widziałem. 

Uzdjęciła mama. Gdy Ryszard jadł.

niedziela, 2 listopada 2014

Taki sobie koncert

Był czas na prośby, jest czas na podziękowania. Za... 

1% PODATKU
Trochę to trwało. Fundacja nie ujawniła danych osobowych darczyńców, ale właśnie fundusze spływają. Jest moc. 

SIEPOMAGA
Oli Petrus i wydawnictwu EGMONT, za zaangażowanie w bieg dla Żunia, w ramach sztafety Accreo Ekiden (widzieliśmy na żywo jak pulsują Wam łydy), jak i wszystkim tym, którzy dorzucili do puszki swoje "trzy grosze". Postawiliście Żunia na nogi! 

Wszystkim, którzy ostatniego dnia wyżej wspomnianej akcji kupili moją twarz. W odpowiedzi na zapytania, dotyczące cycków, informuję, iż te nie są na sprzedaż. 

A teraz, zgodnie z obietnicą, KONCERT (klik).
Ale musimy mieć jasność: szkołę muzyczną ukończyłam na dwójach. I nie będę zdradzać, ile prób i palpitacji serca, kosztowało mnie to nagranie. Z góry przepraszam też moją rodzinę, która poniższego kawałka zmuszona była słuchać od dwunastu jakoś lat. Z rzadka i z doskoku, lecz jednak. Pozdrawiam Was, siostry. Dla własnego dobra nie klikajcie w filmik.

Kawałek jest w 3/4 mojego autorstwa. Byłam nieletnia, gdy go tworzyłam. To może wiele tłumaczyć. 1/4 jest autorstwa Pawła B. - kolegi z czasów szczeniaka i pierwszego wąsa. Z Pawłem od dawna nie mam kontaktu, więc nie skonfrontuję z nim, czy jego to było, czy nie jego. Grunt, że on grał kiedyś te nuty, które zapadły w mą pamięć słuchową. Do tego stopnia, że zapragnęłam je sobie odtworzyć. W zaciszu nastoletnich wówczas, czterech ścian.

Żółwik, Paweł!

Uderz w KLIK, a pianino się odezwie.

PS Limit akcji pod hasłem "wrzuć monetę" na ten rok - wyczerpany. Gwarantuję Wam spokój do końca tego roku.


DZIĘKI!

Iga Zakrzewska-Morawek

piątek, 31 października 2014

Sprzedam twarz

Odkąd pamiętam, trudnię się zbieractwem. Kiedyś zbierałam patyki. Badyle takie. Podnosiłam je z ziemi i wymachiwałam nimi to w lewo, to w prawo. Miło było, co zrobić. Później były karteczki. I naklejki. Zdarzało się też, że gromadziłam niesparowane skarpetki. Lecz z biegiem lat wyparły je korki od wina. I plastikowe nakrętki. Po mleku na przykład. Po wodzie. 

Na mojej podłodze nie leży futro z lisa. Mojej ściany nie zdobi makatka. Nie mam balkonu, telewizora. Nie mam kaflowego pieca, ani nawet cycków w rozmiarze "C". Mam za to wyjątkowego syna. Unikat, wygrana na loterii. Jednorożec prawie, na którego ROCZNĄ REHABILITACJĘ (klik) przyszło mi zbierać. Jeszcze tylko dziś. Nie ja zorganizowałam zbiórkę. Ja wyraziłam na nią zgodę, więc o moje dziecko chodzi. 

DLATEGO:
Jeśli nie wyczerpałeś jeszcze limitu dobrych uczynków na rok bieżący, masz szansę podgonić króliczka. Możesz do wirtualnej świnki mojego grzdyla wrzucić swoje przysłowiowe trzy grosze. Złotówka też może być. Świnka nie pogardzi. 

W ZAMIAN:
Nie wyjdę z pianinem na starówkę. Postawienie w stan gotowości sześciu chłopa o szerokim bicku - wbrew pozorom - łatwe nie jest. Po ostatnim toczeniu go na pierwsze piętro (windą), wuj Kamil niemal zwichnął krzyż (pozdrawiam kręgosłup wuja Kamila). Mogę Ci za to zagrać na tym rezonującym pudle najładniej, jak tylko potrafię. Moi rodzice (lat dwadzieściakilka temu) wiedzieli co robią, najmując sześciu chłopa do wniesienia go na trzecie piętro. Schodami bloku. Bez windy. 

W ZAMIAN też...
sprzedam Ci swoją twarz. Za złotówkę. Od osoby. Mój wygląd na najładniejszym zdjęciu, jakim obecnie dysponuję. Zdjęcie to, jak chyba wszystko co ludzkie, ma swoją historię. Ta jest dosyć wiotka. Twarz moja miała ukazać się tam, gdzie zwyczajnie zabrakło miejsca. Dobrze jednak, że są internety. Internety wszystko przyjmą. Jak dobrze. 

fot. Ratuszyński Fotografia

To pisałam ja,
Iga Zakrzewska-Morawek
autorka Achondroplazjaka
i mama Dominika

PS 
Grać będę w najbliższą niedzielę wieczorem. 
O 20:00. Na FejsŻuniu
Zapraszam