sobota, 16 stycznia 2016

Gałąź Finbara

Dzień, w którym zamieszkał ze mną drzewiec, uważam za udany. Biegałem – jak zwykle – to tu, to tam. Między pokojem a kuchni połacią, co arkuszem ściany zespolona kaflem zimnym stała. I truchtem przedpokój mierząc, na pięcie ciało osadzałem, bo silna. Wytrzymała i zedrzeć ją wcale nie tak łatwo.

A w biegu swym zahaczałem o kanapę. I o fotel z rzadka. O leżankę i stół – razy chyba sto, robiąc sobie czasem postój. Na lustro niechby, by w wizerunek zajrzeć i wzrok z odbiciem zmierzyć. By ułożenie ciała zbadać, w profil wniknąć. W fason i sylwetę. I rąk konfigurację rozważyć. Do nóg. I w relację wejść: głowy do ramion i palców. Bo tak sobie czasem lubię. Lecz od niedawna...

Niedawno życie pokazało, że w swym tupocie parkiet z INNYM dzielę. I nie biegam po mieszkaniu sam.

...

Na imię mu Finbar.
Dla przyjaciół „Fin”.

Pisałem już o nim wprawdzie, ale wtedy to nie było TO. Bo nie był wtedy Finbar tym samym „Panem Chałką”, co teraz (choć na „Paweł” reaguje bez zmian). Teraz, po kilku dobrych, raz w tygodniu przez ojca mego upieczonych chlebach, po dziesiątkach naleśników zjedzonych przeze mnie na śniadanie i setkach wypitych przez rodziców, porannych, popołudniowych i wieczornych kaw, finbarowy rękaw sypnął obliczami, o jakich nikomu się w moim domu nie śniło.

Tym samym, niespodziewanie bardzo, a i całkiem znienacka, wylazł z niego "Niżeł". Niżeł prędkonogi. Dni upływ pokazał, jaki też z niego "Mościbar" i "Lulok" – wszystko zależało od występków, na jakie się Finbar w swym jestestwie porywał, o których mówią rodzice, że "animalne". „Faunistyczne” i pierwotne. Merdające takie i dzikie. I pokazał Finbar, że choć po większości biały jego włos, natura jego za uszami ciemna. Szubrawa taka i w swym odcieniu pstra.

Bo w tych występkach lubi sobie Finbar – nieproszony i bez pytania wcale – wskoczyć na krzesło. Lub okoliczny stół. I w fotelu – wokół którego w przebieżce orbituję swojej – usiąść sobie Finbar lubi. Nieśmiało niby i niepewnie, a swym zębem szczeniackim zahacza sobie o drzewiec. Raz po raz. I przygryza mu, Merdacz jeden, gałąź. Lub pień. A ze stojaka, w którym (siłą ojcową drzewiec osadzony) stabilność swą drapak piastuje, lubi się bez ceremonii napić Finbar wody. I nie skłamię, jak dodam, że ten Lulok kudłaty nie raz czaił się na plaster. Na cienki przekrój krągłej pomarańczy, który – słabo wysuszony – na jednej z drzewcowych gałęzi frywolnie sobie dyndał. Na kulkę czerwoną też się łasił. Ozdobną taką, co jarzębinę udawała lub inny zgoła owoc. I na szklaną bilę sferyczną, o której mówią, że „bombka”, również Finbar – sam widziałem – dybał. I na liniowy ciąg falowy, skoligaconych ze sobą świetlistych kropek – też. I na sznurku lukrowany, dekoratywny wypiek.

Wtedy unosił się głos matkowy i przyzywał Finbara do porządku. Że „zostaw, Finbar!” I że „Nie rusz!”. A Finbar ruszał. Ciągle ruszał i wytrwale, choć w tym ruszaniu zdawać by się mogło, że truchleje. Bo łapa lekce sobie drgała i stroszył mu się kark. Wzrok smutny padał na podłogę, ogon się w sobie podwijał i kulił… I właściwie nie wiadomo już było nic. Kto jest dobry, a kto zły. Kto jest ludzki, a kto psi.

I choć takie Finbara zapędy nie zjednywały mu wcale rodzicielskiej akceptacji, myślę, że Finbar osiągał w swym działaniu SUKCES. A nawet – rzekłbym – że szczęście. Bo jak nazwać okoliczność, w której zębem rozlicznym gałęzi Niżeł dobywa i skubiąc uparcie, gałąź tę przegryza? I od pnia, co w wodzie moknie, odłącza ją (gałąź) od całości i cieszy się (widać), bo żuje. Albo gdy w fotela miękisz na powrót podwoziem opada, kalając przy tym jego tapicerstwo, po czym sięga paszczą niby to po bombkę, pomarańczę niby, lub po zieleń wyższej kondygnacji, by ostatecznie zerwać z drzewca CIASTKO. Z czekoladą po wierzchu. I wiórkiem drobnym obsiane. I:

– Ty draniu! – woła za nim tata.

A drań pędem puszcza się przed siebie.

I choć skryć się, „Paweł”, nie ma zbytnio gdzie, walczy bydlak. Szczęściem sapie i kudłatą antenką powietrze przecina, smagając nią z rzadka mą twarz. I choć w smak mi to w ogóle nie jest, ostatecznie się na to godzę. Bo choćbym się wściekał, choćbym jedna pięścią mu przed nosem groził, a drugą za ogon ciągnął… Choćbym silnym palców uściskiem wydzierał mu z grzbietu włos… Choć mógłbym (gdy śpi) wsadzić w jego oko palec lub bez konsultacji „tycać” mógłbym bezwstydnie jego mokry nos, wszystko to – w mym rozumieniu – prowadziłoby zgoła donikąd. Istnieje bowiem prawdopodobieństwo, że bydlak mną zwyczajnie gardzi. I nic sobie ze mnie nie robi. W obliczu tego, przed jego kłem ostrym, pazurem lub ogonem żywym, uratować mnie może tylko jego łaska. A ja nie potrzebuję wcale jego łaski. Toteż biegnę.
A w swym kłusie siuraczym i tąpnięciu mnogim, łap tętent za sobą i pazurów stukot słyszę, więc uciekam, natykając się – przypadkiem niby – na kurę. Co z gumy zrobiona i piszczy. I wiem, że kura ta jest JEGO.  Więc w swym galopie pędraczym, niewiele myśląc zgoła, ten obiekt gumiasty depczę. Piętą ruszam i podbiciem kalam.


I myślę sobie, że jesteśmy wtedy z Finbarem kwita.

Rys. Dominika Zakrzewska

poniedziałek, 30 listopada 2015

Biały szum

Chłód budzi mnie znienacka. Liże mnie po piętach. Sunie przez łydziec do udźca, mrowiem przechodzi przez bark, by  jak komar szubrawy  z ucha mego uczynić sobie ląd. Niby nieznacznie, dyskretnie jakby i niegroźnie. Do czasu jednak. Do czasu.

– Wstawaj!  brzmienie jakieś szepcze. Dotkliwie jednak i źle.  Pobudka, synek...  jedwabiem głosów rodzicielskich mami, lecz ja wiem, że to blaga. Że dźwięki z ust matkowych idące, to kant zwykły. Upozorowanie, szachrajstwo i zmyłka. Bo to nie mama zamach robi na senność mą siuraczą, a PRZYMUS. Nakaz i potrzeba chwili, której pojąć nijak nie potrafię, toteż odnogą wierzgam. I ciałem czynię obrót na drugą stronę twarzy. I drugą stronę snu. Lecz po chwili...




 Wstawaj!  powracają.  Już pora, synek. I czas.

Niemiło  myślę sobie. Bardzo to wszystko niemiło. Lecz sił zarodkiem powiekę dźwigam, oka nieco uchylając. I stroję źrenicę, by widzieć. Że tuż obok, przy kołdry połaciach, co nocą pachnie i drzemaniem, rajstopy leżą. Koszulka, sweter i skarpetek para. I na ten widok oko mi się kuli i rzęsą nakrywa. I myślę sobie, że niedawno jeszcze czułem się człowiekiem szczęśliwym. Wstawałem z łóżka, gdy chciałem. Jadłem, kiedy chciałem i ze słońcem rozum swój budziłem, gdy promyk w szybę i w dzień. Podczas gdy teraz...

Teraz z naturą swoją muszę walczyć. Z duszą gołowąsa w zapasy kulawe wchodzić i powiekę urabiać, by rzęs bukiet wznosiła do góry. I patrzeć muszę. I ze smutkiem stwierdzać, że nie widzę nic. Nic poza mrokiem i bladej lampki poświatą, która na sylwety rodzicielskie rzuca niepewny cień. Skutkiem tego snują się te powłoki cielesne, to korytarz mierząc, to pokój. Potykają się o dywany, o fotela ramy i drzwi. 

 Kawkę parzysz?  chrypią do siebie gardłowo.
 Gotowa!  szept ojcowy prawi, a ja słyszę. Choć słyszeć wcale nie planuję, że ich głosy nocą dławione, dzień kruszy. I odziera z nich resztki snu. Bezdusznie pozbawionego kołdry.

...

A niedawno jeszcze ile chciałem spałem. Jadłem, gdy czułem, że chce mi się jeść i oglądałem bajki. 

 Chcesz, Żuniu, bajkę?  pytali. Więc chciałem.

Później biegałem, to znów lektury trochę skubnąłem, by w ostateczności poddać się rodzicielskiej komendzie wyjścia "sobie" na spacer. I ulegałem schematowi. I rytmowi tamtejszego dnia. I tak było dobrze. I tak byłoby do dziś, gdyby któregoś dnia  myślałem wtedy, że pięknego  do uszu moich nie dotarło SŁOWO. Słowo, które  splot okolicznych zdarzeń pokazał  miało niejedno zgoła oblicze. Drugi wymiar i dno. Słowocyrograf. Słowodeklaracja. Słowoświadczenie, powinność i ślub, które na mym dotychczasowym status quo, postawiło krzyż. I przekreśliło wczorajszy byt. A słowo to brzmiało: PRZEDSZKOLE

I zaczęło się. 

 Wstawaj, synu. Już czas!
 Do pracy, synek, idziesz. Do pracy!

A prawda jest taka, że z tą "pracą" to tata przesadził. Nie czekał w dodatku aż wstanę. 

 W ubrania go!  szeptał coraz głośniej.  Na śpiocha!

I robili tak rodzice konsekwentnie. Dzień po dniu. Za każdym razem tak samo i z taką samą, jak zawsze, premedytacją. Jakby wiedzieli, że siły nie ma takiej, bym sam z siebie niejako, o pobudkę przedwczesną ciało swe wystarał. Dlatego pewnie, pełne czułości szeptania błagalne, ażebym "Wstań, synek, proszę ja ciebie" cokolwiek rozważył i w życie przykładnie wcielił, spełzały na tym, że...

Sruuu!  ślizgiem sprężystym w rogu łóżka kołdra ma ląduje. Piżama  hyc!  korpus leniwy opuszcza, by golizną postawić mi ciało w sztorc. Lub w pozycji niechby "do jedzenia".

 Skarpety, synek! Gdzie twoje skarpety?  Pytania rodzicielskie nad głową mi fruwały.  Gdzie bluza, spodnium i golf?

I prowadzą mnie do łazienki, wyplutego takiego na wpół. By fizys zwilżyć. I wyszczotkować ząb. Więc wchodzę do łazienki i na krzesło wchodzę. Składam swe usta w "ciup".  I w lustro, co nad zlewem, patrzę. I kran odkręcam, bo lubię. I widzę, jak z kranu  tego zaworu srebrzystego, co kształtem ni to wężyk przypomina, ni łuk  wydobywać się zaczyna szum. I mruczeć sobie zaczynam. Pod nosem. Bo dlaczego by w sumie nie. I szklistym patrzeniem w ten szum sobie patrzę. Szum mokry. I biały. I mój. 



wtorek, 20 października 2015

Pies w czapce

Można w sobotę sprzątać i można odpoczywać.
Można się bawić, myć głowę lub jeść.
A można wcale nie...

Mnie, dla przykładu, wywieźli w sobotę  za miasto.

– Po Finbara jedziemy! – Oznajmił tata, nim słońce w szybę i w dzień. – Bo czeka.

Toteż w auto mnie wsadzili, by przez pola sunąć i las. I przez stację benzynową, co po środku, między rozłogiem jednym a kolejnym myjnią stała. I między pobocza brzegiem a kawą rodzicielską, co ją na krawężniku mama postawiła, bo zaczęło brakować jej rąk. 

– Na moment – mówiła. 

A bardzo być może, że kawa stoi tam do dziś. Zapomniana taka i w deszczu. Upita zaledwie łyk. 

– Bo gorąca – dodała. – I parzy. 

A tuż po tym, jak tata oznajmił, że po żadną kawę z krawężnika cofał się nie będzie... 

– Widzisz, synu – ciągnęła mama. – Pal sześć kawę, kiedy Finbar czeka.

A było to z matkowej strony szlachetne bardzo i miłe. Bo Finbar, to istota żywa i pies. Czworonóg taki, co kieł ma ostry, cztery łapy i włos. Szorstki, krótki, po większości biały, choć w części twarzowej, o której mówią, że "morda" – zasadniczo nie. Ponieważ mordę ma Finbar czarną. Choć, gdyby się przyjrzeć, gdzieniegdzie w tonacji fotelowych nóg. Lub prażonego fistaszka. Uszy natomiast, Finbar posiada znowu czarne. Atramentowe – mówi mama, gdy patrzy na niego, jak śpi. Smoliste jak kawie ziarno (za uszami też). I ogon ma Finbar. Kruczy u nasady, biały po długości. Niczym grzbiet. A wymachuje nim jak wariat zwariowany, szaleńczy. A gdy biegnie, powietrze tym ogonem przecina, by po chwili pod łapę go podkulić, a ciało złożyć w "przecinek". I wpół. I zapaść się w swój kudłaty sen. "Śpinbar"  szepcze wtedy tata. Śpinbar z niego, jak nic.

Mówią, że "rasowy" on. Że "Jack". Że "Russel" i "Terrier". Bardzo to wszystko możliwe, lecz jak by nie patrzeć, on mały jest. Wielkości średnio wypieczonej chałki. Piszczy w dodatku. Jak szczur. Śpi tacie na głowie i grucha. Jak gołąb prawie, gruchacz taki. I sika, sikun, gdzie popadnie. Że "teren znaczy"  mówią. Uryniak jeden. I szczoch.

Finbar ma swoje w mieszkaniu "punkty". "Miejsca pokalane"  tata mówi – znaczeniem. A jednym z nich jest LEŻE skonstruowane przez mamę, którego bazą jest wiekiem splamiona kołderka. A kołderka ta przeżyła  mama mówi  sporo. Lat, miesięcy i dni. Słuchy mnie doszły, że w swym bycie przetrwała  nawet siuśki taty. Gdy młody jeszcze i o gołym wąsie wierzgał sobie i był. Mając chyba tyle lat, co ja. Albo nawet mniej. 

Jakby nie patrzeć, Finbar (dla znajomych Fin), to pies o kilku obliczach. Chodzi tak sobie, zwykle całkiem i po prostu, by w tym chodzeniu, jak cztery łapy krótkim, zniknąć sobie znienacka. I na chwilę. A wtedy... Wtedy nikt nie wie, gdzie jest. A tata brew marszczyć zaczyna i nos, by przez zęby wycedzić, że "Świnbar". I okazuje się wkrótce, że ten Finbar puchaty narobił tacie na wycieraczkę. W przedpokoju. Lub gdzie indziej zgoła  na dywan w guziki. Na żółty kapeć mamy. Na ścianę. I jesionowy parkiet, co wcale nie jest nasz. 

A gdy przychodzi nam z domu wyjść  na dwór, na zewnątrz i świat, rodzice ubierają go (tego Finbara) w czapkę. Sfilcowaną, mechatą i burą, którą zeszłej zimy jeszcze tata na swej głowie nosił. Gdy mróz, śnieg w bucie, a na wąsie szron. 

...

Na imię mu Finbar. 
Dla przyjaciół "Fin".


Ale reaguje też na Paweł.