czwartek, 28 sierpnia 2014

Mięta na parapecie

Nie to, abym się wysilał i forsował nieletnią dosyć głowę, ale czuję, że COŚ się dzieje. I to coś unosi się w powietrzu. Jak wyziew z gara, gdy na gazie zupa. I jak ręka taty nad mym czołem dzisiaj. Jak dłoń ojcowa, której palce ściskają butelkę. Butelkę z KROPLĄ.

A w mej duszy czai się zgroza, co świerzbi mnie w ciało. I trwoga, co dziobie mnie w krzyż. Trwoga – powiadam – i popłochu kolec. 

I:
- Czerwone, synu! Czerwone masz oko.
- …
 <unik>

- Żyłka ci pękła!
- …
<zwód>

- Krople zapuścić trzeba!
- …
<i cios> 

I czuję, jak ręka moja dźga ojca przegub. Ten anatomiczny staw, co kręgi antagonizmu nad mą głową kreśli i krople kieruje w mą twarz. Kroplą w twarz!

"Dlaczego?" – wszechświat pytałem. – Za jakie występki podłe i jaszczurcze zgoła, mnie tą kroplą w oko?! Lecz odpowiedź nie nadchodziła. A im bardziej moje z ojcowymi szarpały się zamiary; im silniejszy zacisk powieka ma czyniła; im gorętsze prośby o spokój toczyła mama z rękawa, tym głośniej świadomość pukała do drzwi. Do wrót mego umysłu. 

I:
- BO TAK! – ręka taty szeptała.
- BO TAK! – potencjał dłoni matczynych sofizmatem mamił.

Bo inaczej nie można, gdy purpura w oku…

A ja się bałem. I nijak zrozumieć nie mogłem, co „powiekę rozdziaw!” znaczy. I „oka nie trzyj”. I „zostaw, synu, bo ci ręka uschnie!”. Więc krzyczałem. Duchem. I prężyłem ciało. A rąk moich para (i nóg) butlę z kroplą zwalczała. I: „Zabrać!" – wołałem. Zabrać znad mej twarzy to ciekłe widziadło, co mętną kroplą na mym oku siada!

Lecz oni nie rozumieli. Nie rozumiał nikt. A z mych ust, do ucha świata , docierało jedynie „A”. Długie, przeciągłe i łzawe.

Gdy nagle…

- Urwiesz listek? - usłyszałem.
- Jeden?
- Nie jeden. Kilka.
- Będzie kilka!

Więc sunę tym okiem szkarłatnym po pokoju. To jedną, to drugą gałką przestrzeń mieszkalną filuję i myślę. Co się za tym liściem skrywa. Za tym zielem, co ni to drzewem jest, ni krzakiem. Jaką filozofię chowa ta materia żywa, co doniczką stoi i pachnie. Ten wazonkowiec. Ta bylina wonna z okolic naszego okna..., że tata - na prośbę mamy - parapet swym ciałem namierza i na ten parapet kroczy. 

Nie wiedziałem.
A to PODSTĘP był. Kruczek, pułapka i fortel. Bo - gdy ciekawością rośliny zdjęty - powiekę na oścież rozwarłem, KROPLA szubrawa namierzyła mój krwawy wzrok. I pokryła gałki oka mego gładź. 


Pozdrawiam,
Żuń

środa, 20 sierpnia 2014

Pies, którego nie ma

Nie dalej jak wczoraj, rodzice żalili się, że nie interesuję się zabawkami. Na światło dzienne (podstępnie, posługując się mą siuraczą, wiekiem niestrudzoną narracją) wytoczyli też  tajemną listę faworytów, których - życie pokazało - zdradzić nie umiałem. 

Wrażliwa dusza, której (nie wiem jak) stałem się posiadaczem, nie potrafiła również wystawić mych syntetycznych wybrańców na pastwę zapomnienia, roztargnienia czy zwykłej dekoncentracji. Skutkiem tego - wbrew wczorajszym faktom - spieszę powiadomić...

Że PIES, określony mianem plastikowego, zdobycznego, jak i tego, którego NIE MA (bo nikt nie wie, gdzie jest) znalazł się. Więc JEST. A to, zasadniczo, zmienia postać rzeczy.


Pozdrawiam,
Żuń (i jego pies)

wtorek, 19 sierpnia 2014

Plon z siatki

Rodzice odkryli ostatnio coś, co zmierzwiło ich spokój i skołtuniło zen. Wiem to, ponieważ zdarza im się o tym mówić, napomykać i wzmiankować. Zupełnie tak, jakby to była sprawa, której nijak nie można strącić na margines życia, a co dopiero w bytu rozpadlinę. W żaden sposób. 

Nie raz zastanawiałem się, dlaczego. I jedynym, co przychodziło mi wówczas do głowy, było klasyczne i hurtowe w ich słowniku: bo NIE. I choć odzew ten poczytywałem sobie za nieczuły i zgoła bezduszny, pretensji żadnych do nich mieć nie mogłem. Ponieważ w tym przypadku tłumaczenie takie nie padło. 

Nie pozostało mi zatem nic innego, jak wyprowadzić swego ducha ze stanu napastującej go ciekawości, a następnie wprowadzić w fazę bezwładnego w gestach czuwania. I nadać mu status powściągliwego w emocjach DYŻURU, który należało przeżyć. Po prostu. I po zwyczajnie męsku. Ponieważ rodzice odkryli, że zabawki, w które mnie los zaopatrzył, przestały mnie - powiedzmy sobie - obchodzić

I wszystko byłoby w porządku może, i całkiem do przyjęcia, gdyby nie to, że bardzo to wszystko możliwe. I zgoła niewykluczone. 

Bo, poza wyjątkami, na których niezbyt pokaźnej liście uplasowały się: 
  • syntetyczna, przestrzenna, fioletowa gwiazda; 
  • gumowa kaczka kąpielowa, której do wspólnej kąpieli już nie zapraszam, bo nie ma takiej potrzeby; 
  • syntetyczny stempel magnetyczny; 
  • sporadyczny paproch, okazjonalny i z ziemi, z którym dobrze się czasem przejść korytarzem do drzwi i z powrotem;
  • i plastikowy, zdobyczny pies, którego nie ma (bo nikt nie wie, gdzie jest),

w rzeczy samej nie interesuje mnie nic. Nic, co nie ma związku z CHODZENIEM

Podejrzewam, że z tego właśnie powodu (a może z kilku nawet innych, które wykraczają poza pętaczy zakres pojmowania rzeczywistości), w moim łóżeczku zaczęły pojawiać się obiekty dotąd nieznane, których nikt mi wcześniej nie przedstawił. Egzemplarze osobliwe i zgoła cudaczne, lecz piękne, których kształty, maści i faktury, zaklasyfikowałbym do kategorii "różne".


Skąd się w moim domu te kurioza wzięły, pojęcia nie miałem. Do czasu, kiedy pewnego dnia, po apartamentu mego połaciach, rozległo się pukanie. A był to stukot jakoby palca. Palca w drzwi. W wejście, za którym rysowała się postać. Sylweta męska, o kształcie i profilu dziadka. DZIADKA BOLESŁAWA. I: 

- Zieleninę przyniosłem! Chcecie? - od progu zagaił, a dłoń jego dzierżyła siatkę. Worek taki, wypełniony ziemiopłodem. Skutkiem i pokłosiem wyjazdów na działkę. Wyjazdów "kiedy słońce". "Kiedy pogoda". "kiedy konieczność, potrzeba i plon". I:

- Ogórki - mówi - chcecie? - Pomidorki, seler, cukinię, marchew, kalarepę i pietruszki nać?

Chcieli. Tak bardzo na rosół chcieli, że dostali. W efekcie czego dostałem i ja. 


Pozdrawiam,
Żuń