piątek, 24 października 2014

Makaron, którego nie zjadłem

- Dałam mu makaron.
- Zjadł?
- Nie zjadł.
- ...*

Szeptali do siebie, myśląc pewnie, że nie słyszę. A ja słyszałem. Lecz nie wpłynęło to specjalnie na mój dzień.

Ponieważ z makaronem miałem do czynienia nie raz. Ustawicznie widuję, jak jego nitki nurzają się w rosole. Jak pławią się pośród marchwi, kurzyny... i naci barwy butelkowej, na którą wołają "pietruszka". Jak nawijają go (nabijają) na widelce. Jak suną nim - giętkim - po talerzu, w sosie uprzednio maczając i kierują w okolice zębów. I "Mmm..." - mówią. "Smaczne" - wzdychają. I jedzą.


poniedziałek, 20 października 2014

Krokomierz eN

Nie do mnie wprawdzie i nie wprost, ale przyjechała pod mój adres. I dach. Ze stolicy prosto - mówili. Pani, którą znam nie od dziś może, lecz nie tak znów długo, abyśmy regularnie przybijali żółwika. Pięść w pięść.

Pani eN. Postać niecodzienna. Rzadko spotykana i w swoim rodzaju odrębna. Ponieważ jako jedyna ze znanych mi dorosłych, nosi mnie jak kota. 

- Często nosisz dzieci?
- Prawie nigdy.
- Dobrze sobie radzisz...
- Mam kota.*

Choć eN to rodzaj żeński, długonogi i dorosły, ja z kolei - siurek niskiej zabudowy, niespecjalnie wygórowany, o kończynie naznaczonej limitem... Choć eN nosi torbę, ja nie (mam od tego ludzi), obecność eN w moim domu znoszę całkiem dobrze.

Stykamy się zwykle, gdzie parzy się KAWA. Gdzie żarna mielą ziarna, a mama stawia mleko na gaz. Łączy nas również głęboka wrażliwość na ciasto. Oboje lubimy je zjeść. I choć nie do mnie tylko, lecz między innymi, przyjechała pod mój adres. I dach. Ze stolicy prosto. A z tej stolicy przywiozła narzędzie. PRZYRZĄD taki. I rzekła:

- Patrz, Żuniu. To jest KROKOMIERZ. "Krokomierz" to piękne słowo. Twarde, polskie, treściwe. Słowo bez ukrytych znaczeń - mówi jak jest. Mierzenie kroków, wiadomo.**


poniedziałek, 13 października 2014

Ciepło w rurach

Poczyniłem odbiór. Biały. Długi. Wiodący, zakończony gałką. "Żeliwny" - mówili. I choć na myśl "jak to się stało" pojęcie mi blednie, czuję, że doszło do tego niejako naturalnie. Gdy po raz któryś własną stopą przeciąłem podłogę. Ten pawiment przyziemny, z którego wyrastała RURA. I odbiór ten uznałem za bardzo korzystny.

Nie to, aby spostrzeżenie moje dziewiczym było. Nie było nowe, lecz inne. Alternatywne takie. I drugie. A winne temu mogły być DONICZKOWCE. Tak sądzę. Ponieważ kiedyś, gdy doniczkowce z nami nie mieszkały, wzrok mój te rury (pamiętam) wyłowił. I wiedział wzrok, że są. I to mu wystarczało. Lecz gdy tylko byliną los parapet obsiał, oko moje rur żadnych znowu nie widziało. Istniało więc przypuszczenie, że uwagę moją od rur odwracał porost. Porost doniczkowy. Przez co pojęcie moje o rurach  nie miało racji bytu.