sobota, 13 września 2014

FOCH!

Jesteś ACHONDROPLAZJAKIEM, czyli... 

"Czyli osobą dorosłą, patrzącą na świat z perspektywy dziecka. Zamiast patrzeć pod nogi, często zadzieram głowę wysoko, co - naturalnie - rodzi konsekwencje. Na przykład widokowe. To, na co z reguły patrzę, to mniej lub bardziej kształtne, wyprzedzające mnie cztery litery. A także: klamki na poziomie oczu, blaty, lady, niska półka w sklepie (w końcu najdroższy asortyment kusić ma nieco wyższym zasięgiem - zarówno wzrostu, jak i portfela), maski samochodów. I - co dla mnie najfajniejsze - ..." KLIK


Dalej są same foty. 
Nie ma co czytać.
Ale popatrzeć można.

niedziela, 7 września 2014

Korbka

Znamy się nie od dziś.

Z MŁYNKIEM miałem już przyjemność spotkać się nie raz. I bynajmniej, nie były to spotkania przypadkowe. Widujemy się regularnie. Zwykle między kuchnią a pokojem, w którym rodzice pędzą dzień. Bywa, że stykamy się na kaflach i deskach. Bywa, że na dywanie. Lecz zdarza się też na nieco mniej przyjemnym gruncie - na skraju dnia i linii brzegowej nocy. Gdy sumienie nakazuje rodzicom podnieść ciało z łóżka.

Wtedy patrzę na nich dłużej i uważniej niż zwykle. I widzę, jak opornie, pokracznie i boleśnie silą się na przeciągnięcie liny przeznaczenia. I choćby szło im to całkiem ledwo, a i podle nawet, nie są to działania daremne. Ponieważ widzę, że każdemu ich w sen obleczonemu ruchowi, towarzyszy ZAMIAR. Plan natury gruntownej, rzucający się cieniem na rozbiegiem pachnący dzień - zamiar zrobienia KAWY.

Tak było dotychczas. Było w porządku. I tradycyjnie nawet. Byłoby tak pewnie i dziś, gdyby nie to, że...

Pewnego dnia, na oszlifowanej ścieżynie mych spotkań z młynkiem, na której tenże młynek winien był stać, dojrzałem KORBKĘ. Nagą. Sierocą i bez reszty SAMĄ. I zdrętwiałem. 


niedziela, 31 sierpnia 2014

Kwiatostan

- Tylko nie odchodźcie za daleko - myślę sobie, a ich sylwetki oddalają się coraz bardziej. I bardziej. Każda w inną stronę. Ale bojaźń mnie żadna - co ciekawe - nie chwyta. Idą sobie. "My idziemy!" - krzyczą. I: "Pa! Żuniu, baw się dobrze!"... A nade mną błękit bury i chmur puchatych kłęby. A pode mną trawa.

I siedzę sobie. Na tym gruncie, co kępą zieloną obsiany i w dłoń mnie łaskocze, gdy tykam. I dziwnie mi tak, choć miło. Koniczynę muskam i obrywam źdźbło. Nierzadkie zgoła i tłumne. A w drugiej mej dłoni KWIECIE. Że "stokrotka" - mówiła mama, gdy tata rwał z międzytrawia. I brał.

- To KWIAT jest, proszę ja ciebie, synu. Roślina. Flora. Polne ziele łąkowe, co dysponuje liściem, płatkiem i łodygą. No, synu, badyl taki. Bylina. Kwiat, synu, rozumiesz? KWIAAAT.

Przyjąłem, choć wrażenie odniosłem, że podejrzewa mnie ojciec o niezrozumienie. Nie zmienia to jednak faktu, że siedziałem. A im bardziej siedziałem, tym bardziej mościłem się w położeniu, w którym się znalazłem. I tym bardziej czułem się uziemiony. A im bardziej czułem się uziemiony, tym bardziej kręciłem kwiatem. A im bieglejsze kręgi kwiat mi przed twarzą zataczał, tym większą czerpałem z tego radość.

Ponieważ - siedząc tak na wonnej trawy połaciach, w samotności, od rodziców z dala - pojąłem, że siedzenie moje zaczyna nabierać sensu. I z sekundy na sekundę puszcza się pędem aspektu. Aspektu NATURALNOŚCII gdy tym siedzeniem naturalnym, rzetelnym, sumiennym i trzeźwym, osiągać zaczynałem mój botaniczny zen...

- Wracamy, synek! - usłyszałem.
...
...
...

A z dłoni wypadł mi kwiat.


Pozdrawiam,
Żuń