piątek, 18 lipca 2014

Gdzie jest ręcznik?

Jakim sposobem? Dlaczego? Co się na taki obrót sprawy złożyło - sam siebie pytałem. Nie raz. Gdy w wózek mama ciało me wkładała. I:

- Na BASEN, synu, idziemy - mówiła. - Na kąpielisko. Na wannę taką, lecz wannę większą po stokroć od naszej (tej w kształcie fistaszka i barwie młodego kurczaka). Na wypełniony wodą zbiornik idziemy. Pływać! 

PŁYWAĆ... - myślę sobie. Ciałem z pionu zbaczać i dryfować. Niczym marchew w zupie. Niczym seler. I nogą po mokrej powierzchni sunąć. Po cieczy. Lecz po co? - niemo krzyczałem, a przełyk mi drętwiał, wypuszczając z gardła zduszone "aaa...", co w polityce myślenia rodziców pełni rolę powszechnego, choć silnie wątpliwego "tak".

- Szybko, synek! Potrzeba nagli. Gdy los takie zajęcie nam zlecił, losu powinność należy wypełnić. I, gdy trzeba, nagiąć dumę w łuk. I w wodoodporne majty wcisnąć swe siedzenie.

Więc jakie są teraz procedury? - w głowę zachodziłem i czułem, jak stroszy się mój włos. I w dołku coś ściskać zaczyna. Ponieważ z mych obserwacji wynikało, że mama nie kłamie. I wszystko wskazywało na to, że słów swych nie puszcza na wiatr.

- Rusz z kopyta, Żuniu! - ciągnęła. Przeznaczenia nie oszukasz, choćbyś sarkał, jojczył, labiedził i wyroki niebios lekce sobie ważył; choćbyś z fatum kpinkował i drwił, na ten BASEN przez górę zlecony i w karcie twego życia zapisany, pójdziesz. Gdzie akcesoria są? - patrzyłem, jak okiem po mieszkaniu rzuca. - Akcesoria bierzemy. Ręcznik! By ciało wysuszyć. By na udziec wilgotny położyć. Mokry łydziec okryć. Stopę wytrzeć i brzuch. I odzież wierzchnią na zmianę wziąć trzeba, gdy konieczność zajdzie. I zabawki! 

Tak... Zabawki - uważałem - to rzecz najważniejsza. 

Więc wziąłem, co miałem, na głowę nasadziłem kapelusz, mama w wózek ciało me wsadziła i poszliśmy. Jakim sposobem? Dlaczego? Co się na taki obrót sprawy złożyło - sam siebie pytam do dziś. Lecz dotarliśmy do MIEJSCA. Miejsca, w którym poznałem pana Michała...


c.d.n.

sobota, 12 lipca 2014

Taka potrzeba

- Chodź, Żuniu. Do kuchni. Coś dobrego zrobimy. Dla wspólnej korzyści coś. Załóżmy, że rosół... - usłyszałem. A jadłem wtedy lancę. I - tak po prawdzie - do kuchni nie bardzo chciałem iść. Udałem więc, że nie słyszę.

Lecz spokój nie trwał długo, ponieważ do mych uszu temat powrócił. I:
 - Wstawiłam kurę na gaz - głos mamy dopadł mnie zza rogu. Zza przejścia wydzielonego w kwadrat, w korytarz uklepanego, wyłożonego kaflem, po którym stopa moja (gdy goła) stąpać NIE powinna. "Bo na stopie skarpeta być musi, kiedy kafel zimny" - mówi mama, gdy odnogą sprzeciwu wierzgam.

 - Wstawiłam, bo dobrze zrobić rosół. I go, jak człowiek, zjeść - ciągnęła mama. A z jej głosu dobywał się splin. - Rosół na depresję dobry. Słyszałam...

Tym sposobem słyszałem i ja. I choć w spisie wiadomych mi wyrazów, "depresja" żadnego miejsca nie zajmuje, i na żadnej z map leksykalnych mego umysłu jej byt się nie zasadza, zacząłem się mojej mamie przyglądać. Bardziej. Uważniej niż zwykle. Badawczo tak i zgoła wnikliwie. Jak dłoni mej, kiedy brudna. Jak stopie, gdy jej palec kręgi w wodzie zatacza i fale robi, gdy basen. Jak na spacerze psu. 

I patrzę, co robi. I co mówi - słucham. Ponieważ: "Rosół, synu, robimy" – do mnie się wyraża, podczas gdy ręka jej za czajnik chwyta. I z tym czajnikiem pod strumień z wodą idzie. Nad zlew. I:

- Dla organizmu dobrze, jak się człowiek melisy napije. Z miodem, bo miód zdrowy - pod nosem prawi, a ja patrzę i widzę. Że ta sama ręka, co czajnik przed chwilą skupiała, przestrzeń naszej rzeczywistości mieszkalnej przecina. I składzik z rupieciem przetrząsa, by spod pięter blaszanego regału wydobyć PĘDZEL. I wiaderko. Wiaderko z farbą. Białą. Zawiesistą. Mokrą.

I po co to wszystko? – rzecz w sobie roztrząsam. A umysł odpowiedzi nijak nie znajduje. Więc patrzę, skołowany, zza futryny brzegu, jak w miłosnym uścisku dłoni trzon pędzla mama zamyka. I w tym wiaderku, co pełne, pędzel kudłaty nurza. A ze ściany zdejmuje zegar.

I sru! – pierwsza bieli smuga na zegarze ląduje. I sru! – druga, w środku zegarowej tarczy. I dziab! – zbliża się pędzlem do krawędzi ZNAKU. Wzoru, sygnowanego treścią „6”, gdy  wtem, nagle i znienacka…

Znak ten pod białą warstwą ginie. I reszta znaków też. I – zdjęty zgrozą – nie wiedziałem doprawdy, co myśleć.

A było to kilka dni temu. Tygodni może, słabo pamiętam. Od tego czasu drzemiąca we mnie żądza poznania tajemnicy białego zegara, co piętnem farby odcisnęła się na mym pędraczym bycie, objęła również: czerwoną ramkę na zdjęcie, drewniany regał i moją własną, osobistą skrzynkoławkę, która na początku wcale nie była BIAŁA. A teraz jest.

DLACZEGO? – ja się pytam.
Dlaczego?

Pozdrawiam,
Żuń

niedziela, 6 lipca 2014

Ja to wszystko mam

Za oknem się zmienia. Zmienia się pogoda. Świat się zmienia. I moje buty też. A jeszcze całkiem niedawno - jak dziś pamiętam - ubierali mi ciało w kubrak. A na stopy wciskali walonki. Na podbicie. I: "Sprawdź, czy ucha na wierzchu nie ma" - mówiła mama do taty. I: "Przykryj go, o tu, tu" - palcem w cielesność mą celowała bezwstydnie.  I: "Noga! Wystaje mu. Dotknij, czy nie zimna..." A ja jak kukła w mym wózku leżałem, gałganem materiałów spętany.

Lecz teraz...

Teraz, kiedy ciepło twarz moją gładzi; kiedy krótki rękaw i nogaw garderobę mą znaczą; kiedy wiatr życzliwy czoło mi smaga, a bosa stopa w sandał kusy obita, inaczej mi zgoła. Swobodnie tak i wprost niezależnie. I dobrze. Bo czuję, że mogę więcej. I że kilometrów bezlik do pokonania przede mną. O pięcie własnej. Po ziemi tak. Po trawie pachnącej. Po chodniku, co kostką brukową leniwie leży. Po parkach, co fontanną sikają. I po ulicach, na których zebry pasami się pasą. A ja po tych pasach wózkiem sunę. A ja po tych pasach gnam.

I - kiedy ciepło - nad jezioro mnie biorą. "Do łabędzi idziemy. Do kaczek" - mówią. Okiem w przestrzeń rzucić. Na wodę popatrzeć, na drzewa. Na psy. Na ludzi pogapić, co na rowerach jeżdżą, na rolkach. I przez mostek przechodzą. Przez chwilę. Przez las. 

I ja na to wszystko patrzę.
I ja przez to wszystko czuję. 
I ja to wszystko mam. 


Pozdrawiam,
Żuń