środa, 10 grudnia 2014

Zwierzoczłekoupiór*

Nie raz już zauważyłem (i nie byłem w tym wcale odosobniony), że pod pewnymi względami jestem dziwnie wrażliwy. Niechby pod względem takiego kota. Czy psa. Stworzenia miłe niby, puchate. "Pupile", poruszające w człowieku wszystko, co w nim najmilsze. I puchate. Do granic możliwości.

- Patrz, Żuniu, pies idzie.
- ... 
No widzę, jak idzie - myślę, lecz nie mówię nic. Co tu mówić. Im więcej powiesz, tym więcej będą wymagać.
- Pies, widzisz? P-I-E-S. Pies.
- ... 
Pies, myślę sobie. I czuję, jak pęka mi żyłka. I pulsuje skroń.
- Pies robi hau hau. Słyszysz, synu? Hau hau.
- ...
W rzeczy samej, jak mniemam. 
I wtem "hau hau" ze strony psa pada.

Później pies odchodzi. Dobrze. A wraz z nim bojaźń pędraka. I po straszliwym napięciu odczuwam cudowną ulgę. Zdarza się jednak, że sprawa przybiera inny zgoła obrót. Zwłaszcza, gdy ciało moje znajduje się na terytorium wroga. Prześladowcy PSA. Lub ciemiężyciela KOTA. A wtedy...

Wtedy serce wali mi mocno. Młoda pierś wzbiera popłochem, a cała rozpaczliwa obrona rozpierzcha się i zmienia w dziką ucieczkę.

Ponieważ widzę to zawsze. I pamięcią widzę, jak na jednym z mych pulchnych policzków, tuż przy uchu, na skrzyżowaniu z karkiem, spoczywa język gnębiciela: język Ciapy. Ozór wielki, chropowaty. I mokry. I w jednej sekundzie wszelki odwrót uznaję za całkowicie niemożliwy. A wraz ze ślizgiem ciapowego języka, czuję, jak duszę mą okrywa plama. A w klatce, pod kompozycją żeber siuraczych, osiada wstyd. Kompromitacja i blamaż. A im bardziej próbuję odeprzeć szturm czarnych, sytuacją zrodzonych myśli, tym silniej drży mi kolano. Tym wyraźniej czuję na skórze ślinę Ciapy i tym mocniej targa mną gniew. Gniew kompletnie bezsilny. Choć mokry.

I gdy tak sobie myślę, dochodzę do wniosku, że Ciapa dopięła swego. Dokonała swej sromotnej czynności, podczas gdy ja stałem tam bezbronny. I choć kipiałem z wściekłości, nic nie mogłem zrobić, ponieważ ona stała o krok ode mnie. Zupełnie spokojna. I obserwowała zimno moją hańbę. A ja... Ja wydany byłem całkowicie na łup jej bezwstydnych spojrzeń. I chropowatego, mokrego języka. 

Bardzo jednak możliwe, że mój lęk jest fantazją. Wytworem dziecięcej wyobraźni, której - jak Ciapy - ujarzmić nie potrafię. Bardzo to wszystko być może. Nie raz już w końcu odnotowałem, że pod pewnymi względami jestem dziwnie wrażliwy. Niechby pod względem takiego kota. Czy psa. Stworzenia miłe niby, puchate...

Zupełnie jak Ciapa. 
Franca. 

Rys. Danuta Konwicka


* Tytuł jednej z powieści Tadeusza Konwickiego.
I żeby była jasność: "Ta książeczka nie jest dla grzecznych dzieci (...) Dzieci niegrzeczne - to zupełnie inna sprawa".

<Zwierzoczłekoupiór>



piątek, 28 listopada 2014

Koczownik

Nie ma mnie w domu. 
I choć nie ma mnie tam, jestem tutaj. 
Gdziekolwiek jest tutaj...

Sądzę, że na tyłach auta. Bo tam właśnie, na zadniej jego części, chronicznie pędzę swój czas. I wodzę okiem po szklanej tafli szyby, co skrywa widok na szarość. Na światła, gdy strefa cienia i noc. Na drzewa. Na całe rzędy drzew. I ciałem prawie nie ruszając, jadę. Bo taka moja w aucie dola. Taki pasażera los.

Mówią, że "urlop". Mówią, że "podróż" i "okazja", więc wierzę. I że: "Czerwone jest, synu" - ciągną. A gdy czerwone, to postój. Mówią, że "korki" i że "Łajdak wymusił!". I: "Jak jedziesz?!" - wołają. A ja to znoszę. Znoszę do następnej stacji.

Zdarza się, że przez mżawkę sunę. Bywa, że przez wiatr, co sitowie mi liże i głaszcze mą twarz, gdy postój głowę mą z auta wywleka, ciągnąc za sobą czapki ("Czapkę mu załóż!") przymus. I gnam ścieżyną krętą, co kamieniem w kostce leży. I mknę w oparach kawy i babeczek, bo dobre. Bo walor ich krzepiący, puchaty. I smaczny. I zwiedzam. Ponieważ stopa moja tam staje, gdzie wcześniej nie stawała. I bywam. Tam, gdzie - tak wyszło - bywać wcześniej nie umiałem. 

Taką drogą właśnie i sposobem, poznałem Adasia. Kolegę z Warszawy. I choć w progi jego bazy wstąpiłem posępny i oka ciężarem gnębiony, w towarzystwie Adasia czułem się szczęśliwy. Ponieważ wiedział Adaś, co dobre. Dysponował widelcem, na którym to widelcu bytowało ciasto. Adaś. Lat opodal dwóch. Wzrostu zbliżonego (perspektywa niejako podobna). Adaś-biegacz. Adaś-wspinacz. Aktywista z charyzmą i sympatyk bolesławieckiej porcelany. Lubię Adasia. Choć znamy się zaledwie raz.

Lecz przyszła godzina, w której od Adasia trzeba mi było wyjść. I choć opuścić jego bazę nie było mi łatwo, a żal ze zmęczeniem spleciony łzami oporu po policzku mi spływał, wyszedłem. I z resztką tiramisu na brodzie, pochodną kęsa z przekazywanego sobie (w braterskim geście) widelca, potruchtałem w mrok.  

A teraz... 
Teraz jestem o jedną postojową kawę rodzicielską i o jedną przystankową babeczkę hen od Adasia. I z dala o sześć poranków, sześć planowanych drzemek, sześć nieplanowanych zgoła i sześć noclegów całkiem poza domem. Noclegów, które przyszło mi pędzić we wnętrzu. Wnętrzu "dyni", z której nadaję. 

Z wielkiego domu o pomarańczowej, rozlicznej ścianie. O pomarańczowym w kuchni krześle, o kaflu pomarańczowym i takim samym stropie. Z lokum, w którym czai się TYGRYS. Ale sprawa tygrysa, to już zupełnie inna rzecz. Wiem za to, że gdy dobijałem do miejsca, w którym obecnie przebywam, pogoda była wspaniała. Świeciło słońce i wiał lekki wiatr. Akurat w tę stronę, co trzeba.*

Na zdjęciu Adaś. TEN Adaś.



* O prosiaczku, który chciał fruwać, Antoni Rodowicz

czwartek, 6 listopada 2014

Ryszard

Ryszard był zawsze. 
Ryszard był, kiedy mnie jeszcze nie było...

...

O Ryszardzie słyszałem wiele. Że "pod rabatą". Że "w przydomowym ogródku". Że "pod jabłonią". Że "leży". Choć prawda jest taka, że jak "leży", nijak nie widziałem. 

Z opowiadań wiem, że miał swoją klatkę. Kojec. Ciupę swoją i boks. Obszerny dosyć i masywny. O pstrym szczeblu i dwóch kondygnacjach. A w tej klatce, drewnianą miał Ryszard chatkę. Karuzelę, wodopój i posiłkowy talerz. Poza klatką natomiast, miał Ryszard wybieg, który zataczał się polem. Powierzchnią podłogową, wyściełającą nasze niewielkie m3. Jednak dla Ryszarda...

dla Ryszarda mogło to być wiele. 

Ryszard lubił biegać. Miał też (w tym bieganiu) swoje ulubione trasy. Trakt główny ciągnął się przez kuchnię. Przez długi, kaflowy pas, którego przystankiem stał się PIEKARNIK. I Ryszard ten piekarnik lubił. 

Mówili, że Ryszard był bystry. Chyży taki, szybkonogi. I gibki (przeciskać się umiał przez drzwi). Przebiegły - przebiegł w życiu sporo. Całe nasze mieszkanie. Nie raz. Spostrzegawczy - widział Ryszard, gdzie słonecznik pestką leży, choć miska jego sporą była i mieściła prowiant rozmaity. W kształty, walory i smak. I cwany był Ryszard - ustawicznie nie dawał się zwieść. Ni złapać. Wiedział, gdzie ujście jest w torze. Wiedział, gdzie linii złamanie. Gdzie wychód i klatki granica. I potrafił tę wiedzę Ryszard wykorzystać. 

Któregoś razu wyniuchał swym nosem SZPARĘ. Nieszczelność taką w kuchenki obudowie. Tuż pod blaszaną szufladą, nieopodal szafki. Przy piekarniku. I postanowił Ryszard, że się w niej zanurzy. Ryszard szubrawiec. I potrafił tam, w tym rozszczepie, spędzić Ryszard wieki. Cały dzień prawie. A rodzice łamali głowy: 

- Co też ten Ryszard robi?
- Gniazdo jakie - szeptali.
- Legowisko?
- Obóz!
- Klub sportowy.
- Domek...

Lecz prawdy nie znają do dziś. 
Martwili się jednak.

- Śpi pewno - mówił tata. 
- Nie sądzę - kwitowała mama. - Skoro słyszę jak chrupie.

Bo chrupał Ryszard. Chrupał w rzeczy samej.

I tak się w tym chrupaniu zatracał, że nie patrzył specjalnie, co chrupie. W ten sposób, pewnego razu, wychrupał Ryszard niezły skrawek drzwi. I kawał Dostojewskiego. Bodajże "Idiotę". Innym znów razem, zakradając się nocą do szafy, wychrupał mamie w spodniach dziurę. A z dżinsowych nitek uwił sobie gniazdo. 

- Podły! - cedziła mama. Ponieważ to jej dżinsy były.

Lecz Ryszard nie był podły. Ryszard był mały. Mały, kiedy się w życiu rodziców pojawił. I mały, kiedy z życia rodziców odszedł. "Ryszard się skończył" - mówili rodzice, sunąc palcami po futrze Ryszarda. Futrze z fotografii. A ja tego pewien nie jestem. Nie sądzę raczej. Skoro "pod rabatą" - słyszałem. Skoro "w przydomowym ogródku". Skoro "pod jabłonią" ... (wiem nawet którą). Skoro "leży"...

Bo prawda jest taka, że "jak Ryszard leży", nijak nie widziałem. 

Uzdjęciła mama. Gdy Ryszard jadł.