wtorek, 17 marca 2015

Popatrz, to Żuń! - rozmowa z Katarzyną Guzewicz/Gazeta Olsztyńska

Kiedy pojawia się informacja o chorobie dziecka, świadomość rodzica zaczyna się bronić. Nie jest łatwo przejść nad tym do porządku dziennego. Tym trudniej jest ją oswoić. U mnie było to pisanie, które stało się dla mnie rodzajem terapii. Terapii, której jednak od początku towarzyszyły pobudki literackie — mówi Iga Zakrzewska-Morawek, blogerka z Olsztyna nagrodzona w konkursie Blog Roku 2014.

G. Czykwin/Gazeta Olsztyńska

Z Igą spotykamy się w słoneczne, niedzielne popołudnie w kawiarni na Starym Mieście. Wygląda jak nastolatka. Niewysoka, o pięknych, niebieskich oczach. Cały czas się uśmiecha. Dominik jest uroczym, małym chłopcem. Grzecznym, choć powściągliwym w stosunku do obcych. Podczas gdy Dominik z uwagą ogląda film w smartfonie, mamy czas porozmawiać. O pisaniu, bo Iga jest polonistką, o mierzeniu się z chorobą (chłopiec ma achondroplazję) i o tym, jak jej syn stał się inspiracją do stworzenia postaci Żunia.


Historia twojej nagrody w konkursie Blog Roku 2014 jest dość nietypowa. Nie wiedziałaś, że zostałaś wyróżniona?

Podczas przyznawania nagrody specjalnej byłam mniej więcej po środku drogi na trasie Warszawa-Olsztyn. Dlaczego tam? Jeszcze przed ogłoszeniem decyzji jurora o wyłonieniu trzech blogów, które walczyły na gali o nagrody w swoich kategoriach i nagrodę główną pomyślałam, że – bez względu na wynik – wezmę udział w warsztatach organizowanych przez Onet. Trzeba było się spieszyć, bo chętnych było sporo, a ilość miejsc ograniczona. Ze swoim zgłoszeniem wstrzeliłam się w odpowiedni czas i zamiast po prostu czekać na wyniki, po prostu pojechałam sobie na warsztaty. I choć jadąc do Warszawy 3 marca wiedziałam już, że juror mnie na galę nie zaprosił, perspektywa przełamania codzienności i poznania ludzi, których dotychczas znałam wyłącznie z Internetu, okazała się wystarczająca, aby się do stolicy wybrać.

A na tej gali…

Gala i jej transmisja w internecie, startowały punkt 20:00. W autobusie, którym wracałam, internet jak na złość nie działał, więc skorzystałam z możliwości smartfonu. Ten jednak również postanowił uprzykrzyć mi podróż i zwyczajnie padł. Nie liczyłam na żadne nagrody. Wiedziałam, że wydawnictwo Zielona Sowa, podobnie jak w roku ubiegłym, wybierze najciekawszego w ich opinii autora, któremu wyda książkę. Niemniej założyłam, że skoro zaproszenia na galę nie dostałam, nagroda mnie nie dotyczy. Gdy dotarłam do domu, mąż nie omieszkał wspomnieć, że kilka razy próbował się do mnie dodzwonić (no niefart) i że jednym okiem spoglądał w komputer (gala), drugim w telewizor (cokolwiek). I że chyba powinnam sprawdzić swojego Facebooka, bo dzieją się na nim „dziwne rzeczy”…

A dziwnymi rzeczami okazały się…

sobota, 14 marca 2015

Skutek uboczny pewnego przewrotu

Zdarzyła mi się taka ilość nieudanych truchtów, przebieżek i kłusów, po której wątpić zacząłem w potencjał swojej fizyczności. W jej wytrzymałość, solidność i hart. Ponieważ nie były to przewroty lekkie. Wprost przeciwnie. Jak jasna głowa moja: ciężkie.

Traf chciał, że jeden z tych przewrotów zbiegł się z pęczniejącym w sercu matkowym fermentem, który tata nazwał potrzebą. A była to POTRZEBA ZMIAN. I kilka dni później, w ferworze sępiego łaknienia restrukturyzacji, zakupili rodzice kawał wykładziny. W odcieniu pajęczego beżu. 

- Toż to szaleństwo - słyszałem jak szepczą.
- Koszmar alergika.

Lecz pod fasadą ojcowego wąsa wprawne oko dostrzegłoby chichot.

- I raj dla roztocza... 

Słuchałem i wzrokiem łypałem z ukosa, toteż wiedziałem, że szykują grunt. Że kafle odpylają i myją. Że zwój walcowy prostują, krawędzie flamastrem kreślą i tną. 

- Mmm, dywanowa. Przyjemna. 
- Sprężysta. I stopie serdeczna.
- I jasna...  

Po czym - pracą rąk ojcowych - pokryli jej płachciem podłogę, ocieplając przy tym kafel. A kafel był zimny (pamiętam). Twardy, zdrętwiały i mnogi. Stopa kaflowi niechętna. I kafel stopie niemiły. Co innego wykładzina... Harmonijna, giętka. O runie łechcącym stopę.

I brodziłem tak sobie po tym włóknie miłym, na filarze nóg własnych mocno osadzony. I biegłem bez strachu, że upadek, podczas gdy rodzice pięli się na wyżyny kuchennej pedanterii. I mądrości, mówiącej, że byle okruch (póki nie wdeptany) podnieść można, odkurzyć. I że trasa ciągnąca się od zlewu do zmywarki, to żaden przecież dramat. I żadna rozpacz przepastna, której - na drodze do doskonałości - nie można by zdzierżyć. 

Lecz jedno widmo było w stanie targnąć sercem rodzicielskim szczególnie. Jedna zjawa zdolna była zasiać w ich głowie panikę. I mamidło jedno, na ich relację z wykładziną, rzucić mogło cień. Więc rzuciło.

- Kapnąłeś!

No kapnął tata. Sam widziałem.

- I co teraz? - przestrach na twarzy ojca walczył z figlarnym uśmiechem.
- PLAMA! 

Lecz to mi nie przeszkodziło po wykładzinie mojej chodzić tak długo, by następnie legnąć na niej, jak na łące. Zatopić w jej włosiu twarz i przytulić się. Jak do drzewa. I chciałem po niej biegać jak po polu, na którym rzepak. Ziemniaki i bób. Bo - bez względu na to czy z plamą ona, czy bez - wykładzina JEST. A wraz z nią pewność, że miękko. Że bezpiecznie i spokój. A to już jest pełnia. I wyżyny szczęścia mej nagiej, piętą opatrzonej stopy.





poniedziałek, 23 lutego 2015

Dzień, w którym zamieszkał ze mną Dariusz

Taki dzień nie zdarza się często. 
Taki dzień zdarzył się tylko raz. 

Wyszliśmy z domu jak zwykle. Późno. O bucie, odzieniu wierzchnim i na szyi golfie. W ziąb. Wyszliśmy, by autem jechać. Ulice podziwiać, odblaski, drzewinę przydrożną i świat. By dotrzeć do miejsca, w którym przystanek. Gdzie wysiadka, bez czapki swoboda i kaflem szeroki grunt. A nieopodal schody ruchome i taśmy, na których podbicie moje pewnością stało pod górę się pnąc. Gdzie piętro, korytarz i sklep.

Więc wszedłem. A tam... 
Istnienie samo. Organizm, żyjątko i twór. Okaz rozmaity i mnogi. Przedstawiciel braci mniejszej: ZWIERZOSTAN. Po uwłosieniu poznałem. Po łapkach znaczonych szponem i wąsie zdobiącym fizys. 

A gdy wzrokiem strefy zasób omiatałem:

- Tutaj patrz! - padło.

I oczom moim ukazało się AKWARIUM. Pudło jakoby, choć nie z papieru, lecz szkła. W nim zaś kulki mechate. Kłębki żywe, szarością obsiane. Podszedłem więc bliżej. Śpią - patrzę. Gromadnie i miękko moszczą sobie wiór i na wiórze leżą. Na sobie. 

Lecz jeden... 

Jeden z tych wszystkich nie spał. 
Jeden z tych wszystkich biegał.

- My po Dariusza.
- Gdzie Dariusz? - pytają.

A ja go widziałem. Rączy był taki i bystry. Łapa - patrzę - śmigła. Noga obła, ochocza. Wąs smukły, nitkowaty i lśni. Dariusz. Reprezentant dynastii dżungarskich. Zbieracz ściółki. Karmy ciułacz. I miłośnik jabłek. Myszaty.

...

Mówią, że jestem mały. Mały też jest Dariusz. Mikry. Znikomy prawie. I posiada sierść. I choć początki dzielenia z Dariuszem dachu budziły we mnie obawę i niechęci skrawek, a sam Dariusz obchodził mnie słabiej niż laurowy liść, Dariusz się w moim życiu zaczął. I trwa.