niedziela, 12 kwietnia 2015

Pan Ospa

- Puk, puk!
- Kto tam?
- Ospa. Wpuścisz?
- Nie znam cię.
- Nie szkodzi. Lubię dzieci. 
- ...
Wpuściłem.
Szlag by to.


Rodzice powzięli decyzję, aby o wizycie pana Ospy zawiadomić świat. I choć zlepek tych, orientalnych z lekka, komunikatów nie wyjaśniał mi ani stanu rzeczy, ani pobudek rodzicielskich zachowań, rozbłysk świadomości pojawił się w chwili, w której mama wykonała telefon:
- Halo, dzień dobry! Pani Prażynka*?
-  ...
- Bo sprawa jest taka, że wysypka... 
-  ...
- Tak, poszlaki liczne... do apteki?... poczekać na rozkwit?... smarować punktowo... mazidło... różowe kąpiele... Z domu nie wychodzić?... No tak... bezpiecznie. Nie przeziębić... Trudno. Tak... Dobrze... No cóż. Do widzenia.
I się rozłączyła, by rzucić w moją stronę spokojne i zrezygnowane: „spaceru nie będzie”.

A godziny mijały. Były długie, monotonne i swędziały, więc czochrałem ciało. Cierpiałem żal i utrapienie, ponieważ nigdy wcześniej moja fizyczność nie była aż tak drapana. I świerzbiona tak bardzo. Po krzyż. Los skarżyłem, podnosiłem lament i, dziwna rzecz, świerzbina zdawała się nie mieć ani końca, ani litości.

Dni mijały. Ospa nie wychodził, a świat na wieść o mym gościu odpowiedział zwrotem. A zwrot ten brzmiał:
"O maj gat!". "Trzymaj się!". "Trochę pryszczyków i przejdzie". Że "owszem, to niezbyt miły gość, ale przychodzi tylko raz", i że jaki ja (o mnie to było) "biedny".

A ja nie jestem biedny. Do "pierwszego", to nam - tata mówi- starcza. Mam 
w końcu kręgle, puzzle, klocki, lustro i piekarnik. Mam też Ospę, ale ten jest - ciągnął tata - za darmo. I nie obciąża zbytnio domowego budżetu. Także... Jak by nie patrzeć, biedny nie jestem. Jestem za to uziemiony. Kiszę się w domu, jednostajność pędząc. Pokutuję i dulczeję, repetując dni. I siedzę, białą okolony ścianą, gdzie ni po gruncie żywym pobiegać, ni promyka włosem liznąć.
Odzew na informację o Panu Ospie był też bardziej zgoła osobowy. Trzeźwy, chłodny i imienny nawet:
"Drogi Ospo!
Pamiętasz? Byłeś i u nas. U każdego z dzieci. Z osobna. Nie wspominamy tego najlepiej. Proszę, nie pisz więcej".
…czy życzliwy, łaskawy… dobrosąsiedzki nawet: "Jakże miły pan Ospa". "Ospę już gościliśmy - sama radość!".
   
A wszystkie te odzewy recytowała tacie mama. A ja słuchałem. Nikt jednak nie pomyślał o Ospie, który strzygł uszami z ukrycia. I w chwili, kiedy mama skończyła, a wokół zapanowała głucha i niezręczna cisza, usłyszeliśmy bezdźwięczny, a jakoby klarowny i mosiężny głos:

- Kiedy ja tak bardzo lubię dzieci... - westchnął smutny Ospa. I swą smutną, ciężką ręką, nakreślił na mym czole kolejną w życiu kropkę. O barwie bladej, słońcem niesmaganej wiśni. To bowiem umiał najlepiej.


* Pani Prażynka: pielęgniarka. Posiada igły, strzykawki i naklejki za dobre zachowanie. Poza godzinami pracy trudni się manikjurą, pedikjurą i pieczeniem ryżowych ciasteczek. Jako jedyna woła mnie "facecik".

poniedziałek, 30 marca 2015

Piaskun

Wyszedłem z domu. Niby po chleb.
Bo słońce. I  wiatr w tę stronę, co trzeba. 

A trafiłem na trasę. Pasmo z betonu, gdzie po jednej stronie pole, a po drugiej też. I autem jadąc, z miejsca pasażera to "po lewo" patrzyłem, to "po prawo". I różnie mi było. Niejednolicie zgoła, bo raz widoki zgłębiałem, innym znów razem bolałem nudę, by w finale stanąć tam, gdzie perspektywy obrót, przestrzeń i szczerkowy miał. Piaskownica jakby, choć rozbudowana wielce i niewąska, na krańcu której stał tata. I myślał. 


wtorek, 17 marca 2015

Popatrz, to Żuń! - rozmowa z Katarzyną Guzewicz/Gazeta Olsztyńska

Kiedy pojawia się informacja o chorobie dziecka, świadomość rodzica zaczyna się bronić. Nie jest łatwo przejść nad tym do porządku dziennego. Tym trudniej jest ją oswoić. U mnie było to pisanie, które stało się dla mnie rodzajem terapii. Terapii, której jednak od początku towarzyszyły pobudki literackie — mówi Iga Zakrzewska-Morawek, blogerka z Olsztyna nagrodzona w konkursie Blog Roku 2014.

G. Czykwin/Gazeta Olsztyńska

Z Igą spotykamy się w słoneczne, niedzielne popołudnie w kawiarni na Starym Mieście. Wygląda jak nastolatka. Niewysoka, o pięknych, niebieskich oczach. Cały czas się uśmiecha. Dominik jest uroczym, małym chłopcem. Grzecznym, choć powściągliwym w stosunku do obcych. Podczas gdy Dominik z uwagą ogląda film w smartfonie, mamy czas porozmawiać. O pisaniu, bo Iga jest polonistką, o mierzeniu się z chorobą (chłopiec ma achondroplazję) i o tym, jak jej syn stał się inspiracją do stworzenia postaci Żunia.


Historia twojej nagrody w konkursie Blog Roku 2014 jest dość nietypowa. Nie wiedziałaś, że zostałaś wyróżniona?

Podczas przyznawania nagrody specjalnej byłam mniej więcej po środku drogi na trasie Warszawa-Olsztyn. Dlaczego tam? Jeszcze przed ogłoszeniem decyzji jurora o wyłonieniu trzech blogów, które walczyły na gali o nagrody w swoich kategoriach i nagrodę główną pomyślałam, że – bez względu na wynik – wezmę udział w warsztatach organizowanych przez Onet. Trzeba było się spieszyć, bo chętnych było sporo, a ilość miejsc ograniczona. Ze swoim zgłoszeniem wstrzeliłam się w odpowiedni czas i zamiast po prostu czekać na wyniki, po prostu pojechałam sobie na warsztaty. I choć jadąc do Warszawy 3 marca wiedziałam już, że juror mnie na galę nie zaprosił, perspektywa przełamania codzienności i poznania ludzi, których dotychczas znałam wyłącznie z Internetu, okazała się wystarczająca, aby się do stolicy wybrać.

A na tej gali…

Gala i jej transmisja w internecie, startowały punkt 20:00. W autobusie, którym wracałam, internet jak na złość nie działał, więc skorzystałam z możliwości smartfonu. Ten jednak również postanowił uprzykrzyć mi podróż i zwyczajnie padł. Nie liczyłam na żadne nagrody. Wiedziałam, że wydawnictwo Zielona Sowa, podobnie jak w roku ubiegłym, wybierze najciekawszego w ich opinii autora, któremu wyda książkę. Niemniej założyłam, że skoro zaproszenia na galę nie dostałam, nagroda mnie nie dotyczy. Gdy dotarłam do domu, mąż nie omieszkał wspomnieć, że kilka razy próbował się do mnie dodzwonić (no niefart) i że jednym okiem spoglądał w komputer (gala), drugim w telewizor (cokolwiek). I że chyba powinnam sprawdzić swojego Facebooka, bo dzieją się na nim „dziwne rzeczy”…

A dziwnymi rzeczami okazały się…